Apokalipsa Septyheu, Rozdział Nieznany
ocena: +2+x

Zeszło z wysokości ku lądowi i wodzie, a ja podążyłum za nim. Pchanu jasnym przeświadczeniem, że ono chce ukazać mi więcej. A oto i ukazało się moim oczom, świątynia. Gigant, do którego dążył tłum. Masa wielu wyznań, wierzeń, poczuć i umysłów, zlana w dwa ciała. Budowli skończenie dużej i tłumu nieskończonego, acz się kurczącego.

Zstąpiliśmy nad tłum i ujrzałum jak wyniosłość zimności mieszała się z chaosem żywota. Ono poprowadziło mnie ku wejściu. Do wnętrza. Tam stanęliśmy pośród masy, oczekując na początek modlitwy. Otoczeni przez odróżnialne kształty człowieka, zlane w cień idei. Ono niewzruszone wieloma mackami niejasności, które sięgały wszędy. A ja obok, niepewnu wszelkiego.

I nabrzmiał dzwon. Huk. Trzykroć i czterykroć wskroś. Drżąc, fala się przeniosła i nagle jakby całość się zapadła w otchłań. Nim umysł mój pojął zagięcie, nagle świątynia stała się otchłanią w głębi lądu. Ono stało niewzruszone. I tłum wzniósł pieśń, witając wstępujących unosząco, pełznących choro akolitów.

Rozpoczął się obrząd. Słowa się przenosiły przez tłum, podziwiający klątwy świętych ksiąg. Skrzek. Nie słyszałum ni słowa, jednak wiedziałum, że z ust kapłana wypływa jedynie skrzek. Nie rozumiałum tego. Jednak ono się nie odzywało. Stojąc w płynnym bezruchu, ze smutkiem zapadłym tam gdzie emocje widzialne.

I rozległ się kolejny dzwon. Pusty, pełen niczego, próżny bez końca i początku. Otchłań. I świątynia zapadła się w jeszcze większy mrok. Mrok, przebijalny spojrzeniem, ale zimny i bezwietrzny. Tłum podniósł słowa i ręce. Wykonał znak na głowach. I wtedy pojawiła się pierwsza kłódka. Znak spłynął na usta, uwidaczniając drugą kłódkę. A na koniec dłonie wykonały symbol na sercu, z którego wypluła się głownia z zamkiem trzeciej kłódki.

I akolici wykrzyknęli. Ich skrzek spłynął i przebił się nawet do mych uszu. Ujrzałum spaczenie, czernią niebłyszczącą przechodzące i pochłaniające tłum, a tłum pochłaniał je. Mieszali się. Nagle ono znalazło się daleko ode mnie. Niewzruszenie eleganckie, koloru bezkoloru. Unoszące się pięknie pośród zła. A ja zostałum przenikanu obelgą. Czułum ból.

Tłum wyciągnął ku mnie ręce, mimo że byłum niepostrzegalnu. Strach ku mnie spłynął, a żadna modlitwa wychynąć nie chciała. Plask i sucho zmokły dotyk, pełen chłodu. Sięgały mnie na wskroś. Błoto najczerniejsze z czerni. Strach uosobienia strachu. Przebijał mi się przez serce, przez umysł, przez struny głosu mego. Tak że ni krzyk, ni myśl, a tym bardziej nadzieja nie mogły do mnie dotrzeć.

Wzrok wielu, mimo iż wszyscy ślepcami. Tak poczułum to wszystko. Moje zanikłe nogi stały się jak aksamit i upadłum. Pierwszy raz. A jakbym upadłu wiele nieskończoności. Wiele ciążeń. Nieskończenie wiele. Niepoliczalnie wiele. Niewymawialnie wiele. Jednak nie pochodziły one z mroku. Brzęczały ze mnie.

I postrzegłum w oddali wątły błysk niewidoczny. Ni to światło, ni to noc. Wychynęłum ku ono dłoń. Ostatnie co się ostało. Ostatnie wciąż walczące. Pełne strachu przed upadkiem. Nagle odczułum ulgę. Nagle poczułum nadzieję w sercu, a kolec okropieństwa z niego wypłynął, wyparował. I oczyściło mi gardło oraz usta, a słowo ulgi wymknęło się zza muru broniącego emocji.

Ostatni jasny stał się umysł. Wówczas oczy moje i ręka moja dostrzegły ono, trzymające mnie za dłonicę. Poddałum się ono i zostałum uniesionu ponad dno bezdenności. Piękna dłoń wskazała mi na tłum. Na wiele jego miejsc. Wtedy spostrzegłum jak niektóre kłódki drżały. Wątpliwość. Irytacja. Złość. Zmęczenie.

Jednak ku wielu wysięgały ramiona macek akolitów, które je zatrzaskiwały. Tylko nieliczne wciąż drgały. I ujrzałum tę jedną osobę. Brakło jej kłódki na sercu, przez co tłumok nie miał na nim oparcia. A kłódka na umyśle pękła. Oto nowe narodziny myśli wolnej. Tak pomyślałum. Jednak wówczas postrzegłum, pod kłódką wrażliwą na moc słów krwawych, była kolejna.

Inna. Absolutnie zwykła. Świadectwo wolności, ale jednocześnie ujawnienie nowostarego zniewolenia. Świadectwo nowej walki. Odejścia od potwornej masy. Ku pewnemu nowemu światłu nadziei z serca, które również jedną niewolę porzuciło, mimo obecności innych. A wyzwaniem nowym dla tej istoty miało być uwolnienie słowa.

Wtem ono się ku mnie obróciło i znalazłum się nad miastami oraz życiami. By widzieć wszystko, zawsze i na raz, wszędzie. I wielu widziałum idących. Ono wyczekiwało na mnie. Nie wiedziałum czemu, więc zwróciłum się ku ludom niżej raz jeszcze. Po chwili postrzegłum te sześć kłódek na umyśle, sercu i ustach. Widoczne bez czynu znaku.

I zrozumiałum, że są one widoczne zawsze, gest jest jedynie palca wskazaniem, ku problemowi. Wtedy też zauważalne dla mnie stały się osoby, które nie miały niektórych z pierwszych trzech kłódek, lub nawet więcej. Aż postrzegłum kogoś bez żadnej z sześciu. Jednakże mimo braku ich ciężaru wydawała się ona o wiele bardziej ociężała od tych, co wszystkie miały.

Ono wtedy spojrzało tam gdzie ja. I prawda się przede mną ujawniła. Rozwinęłum wzrok na nowy plan. I zauważyłum zlewającą się masę nieskończoności kłódek, na całej osobie. Niepoliczalne wyzwania ku czynieniu siebie lepszym. Bolesne wyzwania, które były małymi cierniami, lecz było ich zbyt wiele.

Wtedy zwróciłum się ku ono. Jeno włosy długie i poza pojęciem, falowały mimo nieporuszalności. Jeno oczy widziały mnie, cału. Nie byłum ani trochę skrytu przed ono. Ponieważ to było Ono. Ono bez słów mówiło mi swoimi mrokami, smutków, radości i gniewów. Bym spojrzału. Bym dostrzegłu ostateczność.

I powrócił ciężar ze świątyni, jednak tym razem postrzegłum jego powód. Niezliczone i zlane masy blokad na mnie samum. Ciężar tożsamości, emocji, prawd, kłamstw, półprawd, zła i dobra. Ignorancji. To wszystko ciągnęło mnie niżej. Spadałum powolnie ku otchłani gorszej od świątyni. Ono tylko smutno na mnie wzrokowało. Więc sięgnęłum do głowy i zerwałum pierwszy zamek. Zburzyłum fortecę nieświadomej wątpliwości. Unosząc się ku ono, by dalej mogło mi pokazać moje ignorancje i skryte nadzieje.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License