— Dzień dobry
— Witaj, Emmeline.
— …
— Jak długo, zanim dotrzemy do czerwonej planety?
— O jeden dzień krócej niż wczoraj.
— Jak długo?
— … Dwadzieścia osiem dni do lądowania.
— Dziękuję.
— Mówiłam ci, że to nie pierwszy raz kiedy takie coś mi się przydarzyło?
— Nie mówiłaś. Zadziwiające.
— Nie mówię, że spotkałam już kiedyś czarodzieja, czy…
— Czarnoksiężnika.
— …czarnoksiężnika, tak, przepraszam. Mam na myśli, że… byłam już kiedyś, um, poproszona, żeby zrobić coś takiego. A raczej nie poproszona, tylko no…
— Byłaś wcześniej przetrzymywana jako zakładnik.
— …Tak. O to mi chodziło. Czasami zapominam.
— …
— Moja matka zawsze zabierała mnie z sobą na zakupy do spożywczaka, kiedy byłam mała. To takie miejsce, gdzie, um, ludzie kupują jedzenie. Pewnego dnia, kiedy wracałyśmy do auta, żeby wrócić do domu… oh, auto to takie coś, w czym jesteśmy teraz, tyle że służy ono do przemieszczania się między dwoma miejscami na jednej planecie, zamiast między jedną planetą a drugą.
— …
— Także wsiadałyśmy do samochodu, kiedy zatrzymał nas mężczyzna z pistoletem.
— Ludzie używają pistoletów do zabijania. Wiem o tym.
— Tia. Powiedział mojej matce, żeby zawiozła go do miejsca po drugiej stronie miasta albo mnie zastrzeli. Na początku była przerażona, ale on zmusił ją, żeby odpaliła samochód, a on usiadł na fotelu pasażera. Siedziałam za mamą, a on celował we mnie z pistoletu przez całą podróż.
— Bałaś się?
— Nie miałam nawet pięciu lat. Nie wiedziałam zbytnio co się działo. Spytałam mężczyznę jak się nazywał i gdzie pracował. Pewnie chciałam być miła. Mama mówiła mi ciągle, żebym była cicho. W końcu dotarliśmy na miejsce, a on po prostu wysiadł. Kiedy tylko zniknął nam z oczu, mama wybiegła z samochodu, wyciągnęła mnie z tylnego siedzenia i obejmowała mnie tak długo, że zdawało się to trwać wieczność, zanim wróciliśmy do domu.
— …
— Moja matka była najmilszą osobą, jaką mógłbyś kiedykolwiek poznać, gdyby tamten mężczyzna ładnie ją poprosił, bez grożenia bronią, mogłaby…
— Nie wzięłabyś mnie na czerwoną planetę, gdybym ładnie poprosił, wiem o tym.
— … Ta, pewnie nie. Pobożne życzenie, czy coś.
— …
— Czemu chcesz, żebym zabrała cię na Marsa? Czerwoną planetę?
— Nie jesteś w pozycji, żeby zadawać mi pytania.
— Byłam tylko ciekawa…
— Pamiętaj o tym co mogę z tobą zrobić, jeśli nie spełnisz moich żądań.
— Pamiętam o tym co mi powiedziałeś, że możesz zrobić.
— Dobrze.
— Ale nie możesz. Nie tutaj. Nie w kosmosie.
— Kłamstwa. Moja moc jest wszechobecna.
— Rozgryzłam cię. Ta twoja różdżka? Na Ziemi, kiedy groziłeś nam, że zmienisz nasze… co to było? Nasze kości w pająki? Wtedy nie przestawała świecić. Nie mogłam odkleić od niej wzroku. Ale kiedy nasz statek opuścił atmosferę? Puf. Zwykły, stary patyk.
— …
— Nie powiedziałam załodze, nie martw się. Zbyt bardzo się ciebie boją, żeby sprawdzić.
— Ale ty nie. Wiesz, że jestem bezsilny.
— Przypuszczałam, że albo to jest prawda, albo znów jestem tym głupim pięcioletnim dzieckiem na tylnym siedzeniu samochodu, które nie wie, w jakim niebezpieczeństwie się znajduje. Zaryzykowałam.
— …
— …
— Potrzebuję pyłu z czerwonej planety, żeby przeprowadzić ważny rytuał.
— Jaki rytuał?
— Twój podrzędny umysł nie byłby w stanie ogarnąć…
— …
— … To rytuał ochronny. Dla mojej wioski.
— …
— Przez dekady mój lud był pod ciągłym nadzorem. Intruzi. Agenci destrukcji z samozwańczego rządu próbowali poznać sekrety naszej kultury. Zaklęcie nie pozwala nikomu spoza naszego klanu wejść do wioski. Musi zostać rzucone, żebyśmy mogli żyć odizolowani, w pokoju.
— Czyli robi mur albo coś takiego?
— Nie. Jedynie tworzy linię. Granicę wrytą w ziemię.
— I zgaduję, że granica robi coś gorszego, niż ładnie poprosi, żeby zawrócili, kiedy ją przekroczą?
— …
— Jasne. Domyśliłam się.
— …
— Cóż, muszę sprawdzić co z wylotami statku.
— Devka.
— Co?
— Moje imię. Dostałem je od starszyzny po urodzeniu. Będziesz go używać podczas naszych konwersacji, tak jak używam twojego, Emmeline?
— … Okej, Devka. Pogadamy później.
— Z wielką chęcią.
