Ettot Barbarzyńca: Smocze Szaleństwo!
ocena: +3+x

Ettot Barbarzyńca zatrzymał się na chwilę, dotarłszy właśnie do wioski Goldbanks. Podziwiał okolicę, gdyż był to piękny dzień — ptaki śpiewały, słońce świeciło, niebo było błękitne, a wszystko było przyjemnie związane ciepłą, letnią bryzą. Sprawdził swój Ekwipunek: krasnoludzki topór (najwyższy poziom), Miecz Wschodu, lekka skórzana zbroja (pełen zestaw), trujące rzutki, 10 kół sera, 23 racje żywnościowe, pieczony kurczak (znalazł go w jakimś upiornym zamku i jeszcze nie nabrał na tyle pewności siebie, żeby spróbować go zjeść), elficki talizman, antidotum na truciznę, Pierścień Dodatkowego Zdrowia, 3209 złotych monet, 375 kryształów… no dobra, wszystko było na swoim miejscu. Wiedział, że w tej wiosce jest ktoś, kto pomoże mu w jego misji zabicia straszliwego Czerwonego Smoka z Ognistej Góry; przynajmniej tak mówiła jego mapa. Podbiegł do karczmy i otworzył drzwi.

W środku było względnie pusto, nie licząc karczmarza, barczystego, łysego mężczyzny z okazałym wąsem, leniwie wycierającego brudny kubek jeszcze brudniejszą szmatą, dwóch elfich panien wesoło gawędzących przy jednym ze stolików i jednej zakapturzonej postaci, która siedziała w kącie z nietkniętym kuflem piwa, zamiast tego popijając z własnej piersiówki. Ettot rozejrzał się i podbiegł do karczmarza, przewracając przy tym krzesło. Nigdy nie był najzgrabniejszym człowiekiem, nawet w walce polegał na brutalnej sile, a nie na zwinności czy sprycie. Nie kłopotał się podnoszeniem krzesła, zamiast tego zapytał wprost:
— Przysłał mnie tan Baile Bochd. Muszę zabić Smoka! Czy jest tu ktoś, kto może mi dopomóc w mojej misji?

Karczmarz popatrzył na niego przez kilka sekund, po czym zerknął na przewrócone krzesło.

— Nawet zwykłego „Dzień dobry”?… Ech, nieważne. Zakładam, że nie zamierzasz niczego zamawiać? — westchnął karczmarz. Ettot tylko wpatrywał się w niego groźnie. — Znaczy, no co do diaska… Przychodzisz do mojej karczmy, przewracasz mi krzesło, nawet nie mrukniesz jakiegoś „przepraszam”, nie mówiąc już o odstawieniu go na miejsce… — Przerwał na chwilę, kontemplując fakt, że później będzie musiał się schylić, żeby je postawić. — Zachowujesz się po chamsku, odstraszając moich… — Urwał, widząc, jak groźne spojrzenie Ettota z każdą sekundą przybiera na sile. Galad (bo tak miał na imię karczmarz) zaczął się lekko pocić. Goldbanks było renomowaną, spokojną wioską, w której nigdy nic się nie działo. Nawet barowe bójki były nudne i niemrawe, nikt nigdy nie odnosił w nich poważnych kontuzji. Galad nosił rycerskie imię, ale tylko dlatego, że jego matka naczytała się za dużo tych romantycznych książek, a nie dlatego, że był szczególnie odważny. Przełknął i szybko się zreflektował:
— Dobra, dobra, przyjacielu, nie chciałem cię denerwować ani nic. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do obcych o twojej reputacji w tej okolicy, to wszystko. Czy mógłbyś powtórzyć to, co wcześniej powiedziałeś? Trochę, tego, nie dosłyszałem.
— Przysłał mnie tan Baile Bochd. Muszę zabić Smoka! Czy jest tu ktoś, kto może mi dopomóc w mojej misji? — powtórzył Ettot. Galad zastanawiał się przez chwilę, dlaczego słowa nieznajomego brzmiały tak, jakby wypowiadał je w różnych kolorach, po czym odpowiedział:
— A, no to w takim razie może pójdź do Kowala. On ma jakiś nowy, fikuśny miecz, może ci się spodoba. Zaraz, jak ja to do jasnej ciasnej powiedziałem na głos?
— Dziękuję ci, łaskawy wieśniaku. Twoje dobre uczynki nie zostaną zapomniane! — huknął Ettot Barbarzyńca, po czym odwrócił się i wybiegł z karczmy, zostawiając Galada zastanawiającego się nad życiem i tym podobnymi sprawami.

Po nagłym wejściu i wyjściu Ettota Galad wydał z siebie przeciągłe sapnięcie, wyrażając swoją dezaprobatę, i wygramolił się zza lady, by podnieść krzesło. Zakapturzona postać w rogu odezwała się nagle z bardzo silnym, krasnoludzkim akcentem:
— Chopie, nie przejmuj się nimi. Przychodzą, odchodzą, a zazwyczaj są po prostu zwykłymi ciulami i latają na jakieś nikomu niepotrzebne misje. Robią raban i dziwnie łażą. Poza tym mówią pieprzonymi kolorami, nie mam pojęcia, jak to działa. — Postać wzięła kolejny łyk z piersiówki i kontynuowała: — Raz widziałem, jak jeden z nich zaiwaniał w miejscu obok takiej małej skałki i twierdził, że się nie może dalej ruszyć. A potem jego pieprzony koń teleportował się na dach tawerny, w której wtedy chlałem. — Westchnął i poprawił się na swoim krześle. — Tak czy inaczej, pieprzeni czarodzieje i tanowie ciągle zatrudniają tych frajerów, by robili dla nich różne rzeczy, jakby nie mieli nic lepszego do roboty. Prawdziwa zmora tej krainy.

Galad wrócił za ladę i usiadł na stołku barowym.
— Nigdy wcześniej nie spotkałem żadnego z nich. Dziwny facet. Jakby umiał powiedzieć tylko określone zdania. Nie napijesz się tego piwa?
— Nie, wybacz, jestem zdeka podejrzliwy, bez urazy oczywiście. Ile jestem ci winien?
— Och, to będzie 1 moneta za piwo i, eee, 10 monet za jedną noc, a mówiłeś, że będziesz tu do poniedziałku, więc… w sumie to będzie 41 sztuk złota.
— Jasne, chopie.

***

Ettot wspinał się na Ognistą Górę. Pomyślał sobie, że nazwa jest myląca; w istocie było mu bardzo zimno. Zastanawiał się, czy góra otrzymała swoją nazwę z powodu smoka.

W końcu dotarł na szczyt. Wyjął swoje nowe Ostrze Smokobójcy, na które wydał 300 kryształów, i spróbował kilku ruchów. Ostrze sprawiało wrażenie, jakby było zrobione specjalnie dla niego, ledwo cokolwiek ważyło w jego gigantycznych ramionach, przyozdobionych ogromnymi mięśniami. Sprawdził, czy wszystko jest gotowe do walki, po czym zaczął szukać Smoczego Szańca.

Po około 10 minutach rzeczywiście znalazł Podejrzanie Wielkie Wejście do Jaskini. Wziął głęboki oddech i wbiegł do środka, rycząc swój okrzyk bojowy. Gdy tylko jednak postawił stopę w jaskini…


BANG!


Jakaś niewidzialna siła wystrzeliła go z powrotem na zewnątrz, sprawiając, że wylądował na tyłku.
— Co to za czary?! — krzyknął z furią. — Pozwól mi z tobą walczyć, ty tchórzliwy jaszczurze!

W momencie, gdy wypowiedział te słowa, zobaczył jakąś dziwną, półprzezroczystą, niebieską przesłonę, formującą się w tym samym miejscu, które wyrzuciło go z powrotem na zewnątrz. Wkrótce potem pojawiły się na niej jakieś słowa, pod którymi znajdowała się świecąca magiczna pieczęć. Wstał, podbiegł do przesłony i zmrużył oczy, powoli odczytując słowa (nie był zbyt dobry w czytaniu). Słowa głosiły:

Ups!

Obecnie posiadasz: 75 kryształów.

Wygląda na to, że nie masz wystarczającej ilości kryształów na tę misję! Czy chciałbyś przywołać Kruczka Prawnego?

ᛄ Tak, chciałbym! ᛄ



Nie, wolę sam je zdobyć.

Ettot Barbarzyńca zastanowił się. Musiał zabić Czerwonego Smoka, ale większość swoich kryształów wydał na Ostrze Smokobójcy. Miał jednak monety, więc może „Kruczek Prawny” (cokolwiek to było) mógłby pomóc mu pokonać tę czarnoksięską zasłonę. Z wahaniem dotknął runicznej pieczęci.

Błysnęło jasne światło, oślepiając go na sekundę i pozostawiając śmieszne, ruchome, zielone plamy na jego polu widzenia. Otrząsnął się gwałtownie, chwycił mocniej swoje Ostrze Smokobójcy i zaczął niespokojnie rozglądać się za wrogami.

Halo! Nie, nie tam, tutaj, ty wielki głąbie!

Ettot odwrócił się w stronę kraczącego głosu, wędrując wzrokiem naokoło, dopóki nie znalazł jego źródła. Było nim dorodne, kruczoczarne (nomen omen), ubrane w dopasowany garnitur i krawat ptaszysko, siedzące na skale przy wejściu do jaskini. Garnitur, oczywiście, dopasowany był na miarę ptasią, będąc przede wszystkim wyprasowaną, nudnogranatową kamizelką niż czymkolwiek innym.
— …Co to ma być? Czy ty jesteś tym… eee, tego–
Ja mam na imię Andrzej, a to jest Damian. Tak, jesteśmy Kruczkami Prawnymi, reprezentujemy Państwowy Bank Edrii — zakrakał kruk. Ettot dopiero teraz zauważył drugiego kruka, siedzącego jakiś metr od pierwszego. Oba ubrane były w identyczne, nudziarskie kamizelki, spod których wyzierały podobnie skrojone białe koszule, a cały uniform zwieńczony był czerwoniutkim krawatem niczym wisienką na korporacyjnym torcie.
— Czy pomożecie mi pokonać tę Czarnoksięską Zasłonę, bym mógł kontynuować mą misję?
Ależ oczywiście! Możesz bezpiecznie kupić u nas kryształy w zamian za złoto! Damianie, czy byłbyś tak uprzejmy i podał panu cennik? — zaskrzeczało ptaszysko, które przedstawiło się jako Andrzej.
Oczywiście, Andrzeju, z przyjemnością! — odchrypiał Damian z entuzjazmem i wyciągnął dziobem spod skrzydła malutką magiczną różdżkę. Wykonał nią skomplikowany manewr, który sprawił, że w powietrzu pojawiły się złote, mieniące się litery, układające się we wspomniany wcześniej cennik.
Jak pan widzi, może pan kupić 20 kryształów za jedyne 100 sztuk złota! A jeśli to nie wystarczy, mamy również wspaniałe oferty 100 kryształów za jedyne 450 sztuk złota, 500 kryształów za 2000 sztuk złota (to ulubiona oferta Pauli!), lub, jeśli czuje się pan bogaty, 2000 kryształów za jedyne 10 000 sztuk złota!
— Ech… Ja, yyy, mam około 3000 sztuk złota? Kim jest Paula? — zapytał Ettot. Czuł się nieco przytłoczony. Nigdy wcześniej nie spotkał Kruczka Prawnego; był dobry w walce, przepychaniu się i walce (znowu, ale z inną bronią), nie w sprawach pieniężnych. Rozważał ponowną szarżę na Czarnoksięską Zasłonę, ale sądząc po sile, z jaką się spotkał, prawdopodobnie nic by to nie dało.
Och, wiesz, Paula? Wygląda podobnie do nas, wiesz, garsonka, czarne pióra, chociaż trochę trefione… Nieważne. Jeśli masz 3000 sztuk złota, to faktycznie wystarczyłoby na kupno 500 kryształów za 2000 sztuk złota, a i tak zostałoby Ci całe tysiąc złotych monet! Potrzebujesz jednak 800 kryształów, aby mieć dostęp do misji na tak wysokim poziomie, więc mógłbyś się u nas zadłużyć i spłacić dług po otrzymaniu wynagrodzenia za misję. To oznaczałoby, że zapłacisz nam 3000 sztuk złota z góry i 350 sztuk złota po tym, jak ktokolwiek wysłał cię na tę misję bez wystarczającej ilości kryształów, wypłaci ci nagrodę. A tak przy okazji, kto jest twoim zleceniodawcą?
— Przysłał mnie tan Baile Bochd. Muszę zabić Czerwonego Smoka z Ognistej Góry! — Ettot czuł się o wiele pewniej wypowiadając znajome słowa, takie jak „zabijanie smoków”, dlatego wydeklamował całą, oficjalną nazwę Smoka.
Och. Hm. Tak, Baile Bochd tłumaczy brak przygotowania w kwestiach finansowych. Cóż, bez obaw, jestem pewien, że uda nam się to załatwić. Musisz tylko podpisać się tutaj i wszystko gotowe. Jesteś zobowiązany spłacić swój dług w przeciągu jednego miesiąca, w przeciwnym razie doliczymy odsetki — zauważył Damian, wyczarowując dokument i pióro, zanurzone już w atramencie.
— Hm. I weźmiecie moje złoto, ale dacie mi kryształy, a wtedy będę mógł walczyć z Czerwonym Smokiem z Ognistej Góry? — Ettot upewnił się, że dobrze zrozumiał.
Dokładnie tak — przytaknął Andrzej. — Wystarczy podpisać tutaj, ooo, o tutaj — wskazał nieco niezręcznie dziobem.

Ettot Barbarzyńca był lekko zmieszany, ale naprawdę musiał pokonać Smoka, w końcu on pustoszył krainę, więc chwycił za pióro i postawił dużego, niezdarnego X tam, gdzie pokazywał mu Andrzej.
W porządeczku, dobrze, umowa jest podpisana, oto twoja kopia, targ został dobity, naprawdę niewiele więcej możemy zrobić! Kiedy będziesz miał te dodatkowe 350 sztuk złota, skontaktuj się z nami przez najbliższy oddział Narodowego Banku Edrii. Oto twoje 800 kryształów. Pa pa! — Wyrecytował Damian, wciskając Ettotowi kopię umowy w jego olbrzymią dłoń (przy okazji obdarowując go serią drobnych zadrapań), przywołując odpowiednią ilość kryształów i odlatując wraz z Andrzejem, pozostawiając Ettota skołowanego i czującego się tak, jakby właśnie został oszukany, ale nie mającego pewności co do autentyczności tego podejrzenia. Zebrał kryształy do swojego Ekwipunku, przygotował broń, wziął głęboki oddech i z okrzykiem bojowym na ustach ponownie rzucił się na Czarnoksięską Zasłonę.


BANG!





Poczekaj!

Obecnie posiadasz: 875 kryształów.

Czy chciałbyś je wydać, aby uzyskać dostęp do tej misji?

ᛄ Tak, chciałbym! ᛄ



Nie, wolę wybrać inną przygodę.
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License