— I po cóż wam ta wojenka? — spytał Higgs, wyraźnie poirytowany.
— Dla nas. Dla naszych dzieci. Musimy je przecież ochronić — szybko odpowiedział Emmanuel, biorąc łyk znajdującego się w zdobionej szklance trunku.
— To bezsens. — Zagraniczny przyjaciel wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Emmanuel Schmidt został sam, wbił wzrok w ziemię. W pomieszczeniu, przytulnym, spokojnym, na ciepłym fotelu i przy cieple kominka. Jakże kontrastowało to z leżącymi na stole gazetami, opisującymi wydarzenia tak mrożące jak nowa wojna.
Konflikt był jednak mały. To wszystko miało się skończyć podobno bardzo szybko. Tyle mówiono przecież wszędzie o krótkiej misji. Adlerboden planowało serię przemyślanych uderzeń, z chirurgiczną precyzją dzielących wrogie państwo na kilka części. Wszystko miało się zamknąć w kilku miesiącach. W przeciwieństwie do gawiedzi, Emmanuel na cały ten konflikt patrzył, jak twierdził, czysto pragmatycznie. Ot rozgrywki wielkich panów w celu przesunięcia strefy wpływów. Czy istnieje lepsza recepta na bezpieczeństwo?
Coś jednak nie dawało mu spokoju. Jedno przeczucie. Jakby przepowiednia, mętna i mglista, formująca się gdzieś z tyłu głowy. Ignorował ją… w każdym razie, starał się. Postanowił ją zagłuszyć. I po cóż, skoro i tak nie dała mu zasnąć?
Kilka dni później, Emmanuela w jego ciepłym, przytulnym domostwie znów odwiedził pan Higgs. Tym razem wyjątkowo roztrzęsiony, niespokojny, przestraszony. Nie odezwał się do Schmidta ani słowem, zwyczajnie wszedł, wpuszczony przez gospodarza, zdjął swój płaszcz, stresowym krokiem przeszedł do salonu i zrobił to, czego już od dłuższego czasu zwykł nie robić — zapalił fajkę. Emmanuel, z lekka zaskoczony zachowaniem zagranicznego przyjaciela, spojrzał na niego badawczo, powoli podchodząc do swojego ciepłego fotela, usadawiając się na nim naprzeciwko gościa w pomieszczeniu, którego każdy element utulony był przyjemnym ciepłem kominka. Do stojących na stole szklanek, jeszcze z wczorajszego wieczoru, gospodarz nalał trochę trunku i biorąc swoją porcję w rękę, wyczekiwał na pierwsze słowa swego gościa.
— Byłem dzisiaj na rynku — zaczął w końcu Higgs.
— I?
— Widziałem zgromadzenia. Trzy.
— Jakież to?
— Jedni, najgłośniejsi, najmniej liczni, krzyczeli coś o wrogach waszego państwa. Nawoływali do bezwzględności. Jak zwierzęta.
— Oh, proszę nie przesadzać z tymi zwierzętami! — Oburzył się lekko Emmanuel.
— Ma pan rację, oczywiście. Zwierząt nie ma co obrażać.
Zapanowała niezręczna cisza. Mężczyźni zmierzyli się spojrzeniami, z lekka gniewnymi po obu stronach, lecz pojedynek ten skończył się tylko dwoma głośnymi westchnieniami.
— Drudzy — kontynuował pan Higgs — najliczniejsi, lecz zagłuszani, krzyczeli coś o wrogach wewnątrz ojczyzny. Krytykowali tę wojenkę. Szybko jednak zniknęli.
— A trzeci?
— Trzeci, drogi Emmanuelu, byli rzeczywistym skutkiem tego, o co pierwsi i drudzy z obu stron się burzyli. Chcieli chleba.
Na stół z gazetami pan Higgs rzucił nowy egzemplarz. Zagraniczny, w jego ojczystym języku. Emmanuel, jako człowiek jak najbardziej światły i wykształcony, doskonale umiałby to zrozumieć, gdyby tylko chciał tam teraz zajrzeć.
— Świat przestał słać jedzenie. I po cóż wam ta wojenka? Was i waszych dzieci już nie chroni — rzucił Higgs wyraźnie poirytowany.
— Dla bezpieczeństwa. Nie ma przecież w świecie miejsca dla niepewnych granic.
— To bezsens. — Zagraniczny przyjaciel wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Emmanuel Schmidt został sam, wbił wzrok w ziemię. W pomieszczeniu, przytulnym, spokojnym, na ciepłym fotelu i przy cieple kominka. Jakże kontrastowało to z leżącymi na stole gazetami, opisującymi wydarzenia tak mrożące jak nowa wojna. Z coraz liczniejszymi zdjęciami z frontu, z powstającymi okopami, gdzie ludzie, o wzniosłe ideały walczący, marzli i na cholerę ku chwale ojczyzny umierali. Jakże różny był ogień, trawiący domek z rodziną w środku od ognia trawiącego drewienko w kominku. Tylko jeden z nich był chwalebny! Tylko jeden z nich działał ku chwale narodu!
Konflikt był jednak mały. To wszystko miało się skończyć podobno bardzo szybko. Tyle mówiono przecież wszędzie o krótkiej misji. Adlerboden planowało serię przemyślanych uderzeń, z chirurgiczną precyzją dzielących wrogie państwo na kilka części. Wszystko miało się zamknąć w kilku miesiącach. W przeciwieństwie do gawiedzi, Emmanuel na cały ten konflikt patrzył, jak twierdził, czysto pragmatycznie. Nie była to przecież pierwsza tego typu wojna w dziejach, Państwa niejednokrotnie napadały sąsiadów, czy to w poszukiwaniu surowców, czy to ze względu na wpływy. Wojna nie była niczym nienormalnym, a tu przecież będą z tego już w niedalekiej przyszłości wymierne korzyści.
Kiełkujące w Schmidtcie złe przeczucie nie dawało jednak za wygraną. Rozwijało się, infekowało jego myśli. Ignorował je jednak… w każdym razie, starał się. Pragnął je desperacko zagłuszyć. Przyniesiona przez Higgsa gazeta przeszkadzała w tym na tyle, że skończyła w kominku. I po cóż, skoro przeczucie to i tak nie dało mu zasnąć?
Mijały dni, potem miesiące. Pan Higgs nie zjawiał się. Tymczasem na stoliczku w salonie piętrzył się stos gazet. Na froncie porażki lub remisy. W polityce porażki. W mieście niepokój. Jedna z demonstracji przeszła nawet pod domem samego Schmidta. Nie była to jednak grupa "pierwsza" z tych, które Higgs przywoływał, kiedy jeszcze przyjaciela odwiedzał. Nawet nie "druga". Maszerujący chcieli chleba. Szybko jednak otrzymali bardzo efektowny zamiennik — powybijane przez służby porządkowe zęby.
W końcu przyszedł sądny dzień. Kolejna rzucona gazeta wywrzaskiwała przednią stroną druzgocącą wieść — wojna rozrosła się. Ofiara Adlerboden oficjalnie została wsparta przez kolejne państwo. Wtedy też, w ciepłym i przytulnym domostwie Schmidta, odwiedził go znów pan Higgs. Mimo swej elegancji, coś w nim się zmieniło. Twarz miał zmęczoną, wyglądał, jakby miał zaraz na stojąco zasnąć. Tym, co przebijało się jednak najbardziej, był smutek. Nawet nie zdjął płaszcza. Od razu, bez słowa, przeszedł do salonu i usiadł na jednym z foteli. Emmanuel poszedł za nim, nalewając obu trunku, a samemu usadawiając się naprzeciw, na swoim ciepłym fotelu w pomieszczeniu opatulonym ciepłem kominka.
— Wiesz, że będą kolejni, prawda? — spytał w końcu Higgs, patrząc gospodarzowi prosto w oczu.
— A… twoi?
— Szykują się. Zapewne dowiecie się za kilka dni. Kontynent płonie.
Schmidt nic nie odpowiedział. Unikał spojrzenia rozmówcy. Myślał.
— I po cóż wam ta wojenka? Was i dzieci nie chroni, bezpieczeństwo zniszczyła.
— Teraz już chyba tylko o honor…
— Nawet to straciliście.
Higgs rzucił swoją, zagraniczną gazetę na stos adlerbodeńskich tabloidów i wyszedł, trzaskając drzwiami. Cała wioska podobno wybita została przez adlerbodeńskie wojska. Jakże kontrastował ten obraz swoim chłodem z ciepłem fotela i kominka. Adlerbodeńscy chłopcy bawili się w najlepsze, ku chwale ojczyzny. W obronie jej wartości, zdzierali godność z przeciwnika. Bo przecież najwyższym honorem jest zawsze brak honoru. Szczytem odwagi — skrajne tchórzostwo. Spalona ziemia — najwyższą wartością.
Przeczucie tym razem nie dawało się zagłuszyć. Rozgościło się w Emmanuelu na dobre, zapuściło w nim korzenie i bezwzględnie wysysało z niego wszelką motywację, dobry nastrój czy nadzieję. To, co miało potrwać kilka miesięcy, po kilku miesiącach ma potrwać kilka lat. Wszystko budowane jest na kłamstwie, a to, co prawdziwe — jest tłumione. Aż strach było Schmidtowi pomyśleć, co by było, gdyby ktoś spróbował zadać jakiekolwiek pytanie. Mimo że odpowiedź na pytanie "gdzie jest chleb?" widział na własne oczy, wyparł ją. Milczenie było koniecznością. Milczenie było wygodą.
Pan Higgs już nie przychodził. Podobno wrócił do siebie. Jego ojczyzna została także napadnięta przez… Adlerboden. Prewencyjnie, by się przed nimi obronić. Schmidt wyczekiwał jakichkolwiek listów, wieści, chwytał w ręce jakiekolwiek gazety, przysłuchiwał się każdym plotkom i obierał je skrzętnie z warstw kłamstw i półprawd, próbując przebić się do sedna. Z miasta zaczęto zabierać młodych i zdrowych, by szli na front. Konflikt nie był już mały. Wszystkie obietnice okazały się być kłamstwem.
Emmanuel Schmidt z niechęcią uznał swoją własną, merytoryczną porażkę. Z goryczą oglądał to, jak nieprawdziwy był jego wcześniejszy "pragmatyzm". Teraz wiedział, że było to zwykłe wyparcie.
— I po cóż nam ta wojenka?.. — spytał sam siebie, ponuro, siedząc w ciepłym fotelu w pomieszczeniu otulonym ciepłem kominka.
Nie wiedział.
Spojrzał naprzeciw siebie. Fotel, który dotychczas zajmował pan Higgs, stał pusty. Schmidt tym jednym zdaniem pokłócił się tylko i wyłącznie z wcześniejszym sobą.
A przeczucie ostatecznie wygrało. Czarna przepowiednia jego własnego umysłu ziszczała się na jego oczach. Oto milczenie jego i wielu jemu podobnych, zagłuszanie tej jednej myśli sprawiło, że stała się ona aktualna.
Ludzkość stała u progu Katastrofy.
