O tym, jak strach na wróble przegrywał walkę z dzikimi kwiatami
ocena: +3+x

Dziennik Podróży, piątek, 20 sierpnia

Znalazłem się na krętej ścieżce, błąkając się po zbożowej wyściółce, której złote fale usiłowały ukryć podupadłe gospodarstwo stojące około stu jardów dalej. Pszenica była dość bujna, sięgała nieco wyżej, niż powinna jakakolwiek jej odmiana przed zbiorami. Być może był to jakiś jej rodzaj, którego nie znałem. Albo może ja się zmniejszyłem.

Spojrzałem w niebo, zauważając ostatnie promienie małego zbioru słońc zachodzące za horyzont, wyznacznik połowy ich nieskończonej parady. Z odrobiną szczęścia, tutejszy rolnik pozwoli mi zatrzymać się tu na noc.

Wyciągnąłem rękę, by dać o sobie znać na progu, ale po kilku delikatnych puknięciach drzwi powoli, skrzypiąc, otworzyły się do środka. Osobiście, gdy mam w ogóle drzwi do otwierania, zostawiam je otwarte w razie gdyby pojawili się jacyś goście, ale to nie wydawało się umyślne.

— Halo? Zostawiłeś otwarte drzwi. Czy mogę wejść? — zawołałem w głąb domu, nadal stojąc na progu. Zastrzygłem uszami, wysilając się, by usłyszeć cień ruchu lub przyciszony szept, ale jedyne, co usłyszałem, to krakanie pojedynczej, niewidocznej wrony.

Wepchnąłem się do domu, a mojego nosa dosięgnął smród; smród, który niestety był mi znajomy, bo napotkałem go już raz czy trzy razy przedtem podczas mych podróży. Smród śmierci.

Uniosłem połę płaszcza na wysokość nosa i parłem dalej, rozglądając się po niewielkim domostwie w poszukiwaniu źródła. Znalazłem je w małym gabinecie, spokojnie zgarbione na krześle, z piórem w dłoni. Na biurku naprzeciw niego leżał niezapisany arkusz pergaminu. Wygląda na to, że spało, gdy zabrała je Matka Natura.

Nie wypadało mi jako gościowi zostawić ciała tam, gdzie było, więc wyniosłem je za budynek. Mały ogródek wyraźnie dawał po sobie znać, że celem jego istnienia była przyjemność, nie zysk. Tam też pochowałem ciało. Poświęcenie czystości moich ubrań nie było dużą ceną.

Byłem świadkiem wielu pogrzebów i wielu różnych obrządków wykonywanych podczas nich. Wyrecytowałem mowę ku czci poety, bo poczułem, że tak powinienem, a poza tym nigdy nie byłem na pogrzebie rolnika.

Rytuał był krótki, ale mieścił wielkie znaczenie. Gdy odwróciłem się, by odejść, coś rzuciło mi się w oczy pośród złotych promieni zachodzących słońc. Wszystkie kwietniki dziko zarosły — szacowne przedsięwzięcie, którego próbuję się uczyć od roślinności — lecz jeden z nich był inny. Zamiast rosnąć na zewnątrz, wystrzeliły w stronę pola, w prawie prostej linii.

Wydawało się, jak gdyby pszenica, nie chcąc przeszkodzić kwiatom w natarciu, usunęła się z ich drogi, gdy rosła w tę stronę, tworząc w polu małą ścieżkę. Zgodnie z ogólną zasadą włóczęgostwa, jeśli pojawia się ścieżka, zazwyczaj ją obieram, więc zdecydowałem się zobaczyć, dokąd wiedzie, zanim zrobi się zupełnie ciemno.

Było na niej wystarczająco miejsca, bym szedł z kwiatami po jednej stronie, a pszenicą po drugiej. A kwiaty były najróżniejsze: dmuchawce i fiołki, lwie paszcze i chińskie róże, czyśćce i koniczyna.

Po niedługim spacerku kwiaty — a więc i ja — dotarły do polanki. Była malutka, nie miała więcej, niż trzy metry średnicy. Na środku stała jakaś postać. Dzikie kwiaty wyrastały w spirali naokoło postaci, okrążając ją wiele razy, aż w końcu zatrzymywały się tuż u jej podstawy. Pojedyncze kwiaty zaczynały wspinać się po figurze na środku polany.

Figura odznaczała się pomarańczową karnacją, prawdopodobnie z powodu posiadania głowy wykonanej z wyciętej dyni. Nosiła spłowiały kapelusz i stare ubrania wypchane słomą. W pozycji pionowej utrzymywał ją drewniany kij wbity w ziemię i drugi, poziomy, rozpinający jej ramiona. Strach na wróble.

Nie wiem, czemu ktoś miałby chcieć odstraszać ptaki, zwłaszcza tak inteligentne jak wróble lub wrony, ale zanim miałem czas zastanowić się nad tą kwestią, strach odwrócił się i mnie zauważył.

— Ile minęło czasu? — wychrypiał w moją stronę. Gdy mówił, z jego wyciętej paszczy wyleciało trochę dyniowych wnętrzności i pestek.

Zaskoczył mnie tym, nie miałem pojęcia, do czego się odnosi. Odpowiedziałem więc:

— Przepraszam, od czego?

Strach popatrzył na mnie wielkimi oczami, jak gdybym nie zauważył czegoś boleśnie oczywistego.

— A czy to nie jest boleśnie oczywiste? Kwiaty! Kiedy dotarły do mojej podstawy? Ile czasu zmarnowałem?

Zmieszałem się. Kwiaty chyba miały takie samo prawo być tu, co strach.

— Czemu tak martwią cię te kwiaty? — zapytałem.

— Nie wiem, co się stanie, kiedy skończą rosnąć! Na początku to było całkiem miłe, obserwowanie, jak krążą wokół mojej polanki. To była pewna odmiana, którą przyjąłem z zadowoleniem.

— Ale te kwiaty… wciąż się zbliżały. Ledwo zauważyłem, jak blisko podeszły, dopiero gdy znalazły się kilka skrętów od moje podstawy — strach na wróble westchnął. — Gdzie się podział cały czas? — mruknął do siebie.

Nachylił się w moją stronę. Dwie wrony wylądowały na jego ramionach. Nie umiałem stwierdzić, czy zauważył nowych słuchaczy.

— Nie jestem gotów na nic, co te kwiaty mogą zrobić, kiedy w pełni mnie obrosną. Pewnie się uduszę, albo mnie otrują, albo… albo… cokolwiek! Wszystko może się zdarzyć.

Strach zrobił, co mógł, by kopnąć kwiaty. Niestety, bycie zbudowanym ze słomy nie pomaga w zadaniach siłowych. Skopał pojedynczy płatek. Jedna z wron dziobnęła go w głowę.

— Jestem zgubiony, mówię ci. Zgubiony. Nigdy nie wymyślę, co zrobić, zanim będzie za późno.

Próbowałem wesprzeć zrozpaczoną kukłę, pocieszyć ją jakoś, zapytać, jak mogę pomóc, ale zostałem zignorowany. Zdążyłem przekonać się, że niektórym osobom spotkanym podczas mych włóczęg nie można pomóc, lub odmawiają pomocy, gdy się ją im oferuje. Takie rzeczy należy sobie darować, gdy już się zrobi wszystko, co się dało. Tak też zrobiłem, patrząc, jak strach na wróble gorączkowo kopie i kopie, aż w końcu ucichł, podciągając nogi pod pierś i ledwo zauważalnie się trzęsąc.

Nadal patrzyłem, gdy obie wrony zerwały się do lotu, zataczając pojedyncze koło i lecąc nad ścieżką, którą szedłem.

Opuściłem polankę, z zamiarem przespania się w gospodarstwie i wyruszenia dalej, na wzór tych mądrych ptaków, gdy tylko nastanie ranek.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License