|
Las rozciągał się na hektarów wiele.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Wielki, nieprzebyty, ciemny i srogi…
Było w nim tak, jak w natury kościele,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀A sam jego widok przydawał ludziom trwogi…
Ścieżka do niego — nad wyraz prosta,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Lecz wewnątrz z kolei dziwna i kręta.
Spacer po nim niczym chłosta,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀A zgubić się? Rzecz nieopisana, niepojęta…
Drzewa jak tłum były niezliczony,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Co ocenia, obserwuje tylko i psioczy.
Pomiędzy wiatr mknął jak potok wzburzony,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Ten to kłuł w usta, kłuł w uszy i w oczy.
Aż tu do Lasu Podróżnik dochodzi!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Ominął Studnię, nic go nie zaskoczy!
Bardzo pewnie w źdźbłach łąki brodzi,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀A Las wyczekiwał, by się doń wtłoczył.
— I jestem! — powiedział, stając u drzew stóp.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Teraz lub nigdy już żyć musiał zacząć.
— W drogę! — wykrzyknął, krocząc już jak trup.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀I wyruszył trzęsawcem, już czasu nie tracąc.
A ścieżka zdziwniała, pobrzydła i skrętniała.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Przecież przed chwilą była tak prosta!
Wiatr smagał i męczył oczęta, a łza oniemiała.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Spacer ten to już jakaś chłosta!
A ciemność przyszła tak znikąd i donikąd,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Wlała się w Las i serca samotników.
Rozgościła się, zaślepiała, wołając skądinąd,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Bo Las nienawidził takich o Podróżników.
Aż nagle — tragedia! — Podróżnik źle skręcił!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀A ścieżka z już dziwnej naddziwną się stała.
Mężczyzna zamarł, kilka razy się okręcił.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Zgubił się, zgubił! To trwoga niemała…
Las drwił, drwił tak okrutnie!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Nie wolno posmakować jemu tych śmiechów!
Ścieżka wyginała się, wydziwiała wierutnie!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Trzeba iść, iść, by cieniem nie napełnić miechów.
Ruszył więc Podróżnik ścieżką tą na wprost dziwną
⠀⠀⠀⠀⠀⠀I tak zgubił się jeszcze razy kilka.
Szedł jednak i szedł, kroczył ze skwaszoną miną.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Aż tu nagle coś świszczy, coś klika.
I zatrzymał się. Rozejrzał się wszędzie i wkoło.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Drzewa ludźmi w smutku owocują.
I patrzył, przerażony, nie wiedział przecież co to,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀A ciemności już wokół i obok harcują.
Ludzi dziewięćkroć, wszystkich ich znał.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Co więc tu robią? Czemu są na drzewach?
Ciemności wszędzie pełno, w głowie je już miał.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀I zrozumiał już, co to za potrzeba.
Spojrzał na ludzi — i jasne się stało,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Jasne, co ciemności tu wyrabiają.
Spojrzał w głąb siebie — cienia już niemało,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Myśli od lat tylko jasne udają.
I zszedł ze ścieżki, do drzewa przylegając.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Podróżnik bez woli, pasji i celu
Zamknął oczy, ciemności doń wpuszczając,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀By z zagubienia wyrwać się karceru.
I musnęło go przy górze z góry dziwne coś
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Co jak wąż oplata i tuli czule,
Lecz fałszywie, zgubnie, zaciska na wskroś,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Podróżnik oddechu nie łapie już w ogóle.
Więc tak skończyła się droga jego:
⠀⠀⠀⠀⠀⠀W miejscu, gdzie znajomych twarzy wiele.
Czy jednak musiało tak być dla niego?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Czy zamiast w paszczy, mógł być w natury kościele?
Bo ten Las, choć rozciąga się na hektarów wiele,
⠀⠀⠀⠀⠀⠀Wielki, nieprzebyty, ciemny i srogi…
Ścieżek ma bez liku, nie wszystkie szkodzą na ciele.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀By nie zostać pożartym, nie wolno zboczyć z drogi.
|