Planasthai, Dział Śledczy – Marsh i Greene, cz. 1
ocena: +3+x

Hlalgh wypuszcza dym z cygara z lewych ust, prostuje krawat i odkłada mój konspekt na miejsce. Sześcioro jego oczu skupia się na mojej twarzy, podczas gdy dolne sześć pozostaje na papierze.

— To cholerstwo jest dobre, Marsh.

— Dzięki, panie H — potakuję.

Nie mogę zwracać się do mojego szefa po imieniu. Dosłownie. Jego gatunek używa zaworów i płynów nie do końca współgrających z moim. Musiałbym mieć wiadro flegmy i krtań wielkości grejpfruta, żeby wymówić "Hlalgh Hirhulinghalgh", więc przez ostatnie siedem lat był panem H. Na szczęście jest wyrozumiałym facetem. Trudno nie być wyrozumiałym, kiedy kieruje się biurem około 25 reporterów, z których żaden nie ma ze sobą ani jednego wspólnego białka.

— Czy według ciebie zyskamy coś na sprawdzeniu tego jeszcze raz?

— Prawdopodobnie nie — potrząsam głową. — Miasto Trupów to niezłe kuriozum, ale to wszystko. Zrobiło się ciekawie dopiero wtedy, gdy coś zaczęło zjadać zwłoki z półek. Teraz, gdy już je załatwiono, jest to… no cóż. Kostnica wielkości jebanego miasta. Lepiej zostawić drobny druczek Ręce czy komuś i iść dalej.

Hlalgh nadyma krótko swój pęcherz grzbietowy, co jest czymś w rodzaju odpowiednika ludzkiego zadowolonego wyrazu twarzy.

— No dobra. Raz a dobrze, tak jak lubię. Jestem jednak nieco zaskoczony.

— Hm?

— Jako że jesteś kim jesteś, i w ogóle. Kiedy dawałem ci napiwek, nie byłem pewien, czy jeszcze cię kiedykolwiek zobaczę.

— Panie H, daj pan spokój — uśmiecham się. — Lubię swoją pracę. Mam biuro i darmową kawę. Jestem praktykującym, tak, ale nie za bardzo badaczem. Ktoś inny może przykucnąć w półmroku i skatalogować dziesięć tysięcy mil kwadratowych martwych półbogów, jeśli chce. Poza tym, gdyby były tam jakieś dajmony, wyczułbym je. Miejsce jest równie martwe, na jakie brzmi.

— Ha. Pewnie tak. Nigdy nie zdołam owinąć moich zwojów mózgowych wokół magii, przysięgam. Za moich czasów to mieliśmy takie historie, z…

— "Z mackami, gruczołami i starym dobrym śluzem", tak. Już to kiedyś słyszałem, panie H. Jestem pewien, że to było wspaniałe. Przykro mi, że przerywam, ale nie jadłem od półtora tygodnia, a w pokoju socjalnym woła do mnie pieczona larwa, zatem…?

— Jest, eee, jeszcze jedna rzecz — jego błony twarzowe stają się prawie niezauważalnie błękitne.

— Nie spodoba mi się to, prawda?

— Nie, pewnie nie. Pamiętasz może, że stara Strilkeex poszła na emeryturę, założyć kolonię…

— Ta. Siedemdziesiąt jebanych lat za późno, jakby mnie kto spytał. Mam nadzieję, że ona i jej klony świetnie się bawią, oceniając się nawzajem pod kątem zmysłu modowego. — Hlalgh przewraca niektórymi oczami.

— W każdym razie. Przeczesaliśmy teren w poszukiwaniu jakiejś nowej twarzy i chyba znalazłem kandydatkę.

Podnoszę dłoń.

— Moment. Kto dostaje biurko Strilkeex?

— J7.

Zastanawiam się nad tym przez chwilę.

— Hm. Ta, w sumie Joe kręci się tu już wystarczająco długo. Myślisz, że ma wyobraźnię, by stanąć na czele Krajowego? Strilkeex była zrzędliwą prukwą, ale jeśli jej czułki coś wychwyciły, nie można było wyrwać z tego jej żuwaczek. Joe zawsze wydawał mi się trochę… łatwy do zadowolenia.

Hlalgh wypuszcza kolejny obłok słodko pachnącego, pomarańczowego dymu z otworu wentylacyjnego na szyi.

— Ta, pewnie na początku będzie trzeba mu parę razy dać profilaktycznie w łeb, ale Joe ma pewną rękę. Może i jest dosłownie z kamienia, ale myślę, że gdybyś z nim więcej rozmawiał, odkryłbyś, że jego zdolność do obserwacji jest zaskakująca.

— …To pan jest szefem, szefie. Przepraszam, że przerwałem. Mówił pan, eee… nowa twarz?

— Tak. Dostałem jedną z Centrali. Jej nazwisko pojawiło się na tabliczce. Szef zadecydował, że tak ma być i tak będzie. Rozmawiałem z nią trochę, wydaje się zdolna i chętna. I jest, hm…

— Jest jaka, panie H.

— Nooo, jest… człowiekiem.

Pozwalam, by echo tego dzwonu pogrzebowego przebrzmiało, a potem marszczę czoło, jakby twarz mi się topiła.

— Szefie, przecież ja ich nienawidzę. Wstąpiłem na to stanowisko konkretnie ze względu na mój niesmak do tego całego gatunku.

— Wiem. Ale jest na tej cholernej tabliczce. Jeśli chcesz, ty możesz wspiąć się po schodach i załatwić to z Szefem. Mam nadzieję, że masz sposób na sklejenie swojej duszy z powrotem po tym, jak skończy na ciebie patrzeć.

— W sumie to mam, ale nie o to chodzi. Ja…

— I dołączam ją do twojej rubryki.

Co proszę.

— Będziesz ją trzymał u boku, dopóki nie uznam, że jest wystarczająco doświadczona. Potrzebuje zahartowania, a nic tak nie hartuje jak "Marshowe gawędy".

Szefie.

Podnosi bezkostną dłoń.

— Nie chcę tego słuchać. Czy ci się to podoba, czy nie, jesteś atutem i potrzebuję więcej nowego personelu korzystającego z twojego doświadczenia i umiejętności przetrwania. Dla dobra gazety, Marsh.

— …Ale ona jest człowiekiem.

— Tak. Tak jak ty. Nazwij sobie to zjazdem rodzinnym, pomyśl, że on jest siostrą, o której nie wiedziałeś, że ją masz. Z góry gratuluję, jestem pewien, że wasza relacja będzie wzajemnie wzbogacająca. I lepiej, żeby tak było, bo inaczej wylatujesz.

Zapadam się na krześle, całkowicie pokonany.

— Gdzie ona jest.

— Zaparkowana przed twoim biurem. Wprowadź ją, otrzep z kurzu i przejdź z nią przez wszystko. Chcę, żebyście oboje poszli na coś łatwego w ciągu tego tygodnia, a raport z postępów mam dostać nie później niż tydzień po tym. Bawcie się dobrze. I nie pozwól jej zginąć, bo inaczej obie nasze dupy wylądują przed szefem. A teraz zmykaj. Potrzebuję chwili spokoju i szklanki hoongh, zanim spróbuję nauczyć Jojojojojojojo, jak używać długopisu bez łamania go.

Spełniam jego życzenie, choć cierpię niemiłosiernie, i ulatniam się z jego biura jak zdechła świnia na taśmociągu z mięsem.

Nie miałem żadnych bliskich kontaktów z innymi ludźmi, odkąd opuściłem Rękę. Założę się o ostatniego pączka, że przeszła tędy tak samo jak ja — dziewięćdziesiąt procent ludzi w Bibliotece jest tam dlatego, że Ręka ich dopadła. Boże, mam nadzieję, że nie jest nadal religijna. Stażystka jest wystarczająco zła — gorliwa stażystka sprawi, że moja dusza zostanie wychłostana przed niezadowoleniem Szefa w ciągu dwóch cykli lamp.

Gdy schodzę po schodach i przemierzam główne piętro Działu Eksploracji Śledczej, Shiriok szepcze mi do ucha.

Człowiek. Kruchy. Do uformowania. Twoja moc rośnie po raz kolejny, mój panie.

Przewracam oczami. Shiriok ma dziesiątki tysięcy lat i dlatego jest wielką, pieprzoną drama queen. Macham do J7, gdy przechodzę obok fontanny z kawą.

— Gratuluję awansu, Joe.

Jedna z lewitujących rąk starego golema otwiera się i macha do mnie — widzę, jak oko w jego dłoni śledzi moje ruchy, ale głowo-oczy Jojojojojojojo zajęte są jakimiś papierami na jego wzmocnionym biurku.

— DZIĘKUJĘ, PANIE MARSH.

Na tym poprzestajemy. Ograniczenia mojej kruchej ludzkiej psychologii utrudniają mi prowadzenie rozmów z Joe — nie ma on mimiki twarzy. Szczerze mówiąc, on prawie w ogóle nie ma twarzy, ma za to osobowość ciepłego kalkulatora graficznego. Tak myślę. Przyznaję, że nigdy nie dałem mu większej szansy, a poza tym pracujemy w różnych działach.

Moje biuro znajduje się w rogu głównego piętra budynku i służy mi jednocześnie za mieszkanie. Jest skromne, ale darmowe, dopóki pracuję zarobkowo dla gazety. I bezpieczne, dzięki temu, że biura Planasthai wznoszą się na kilka tysięcy stóp nad posadzką Biblioteki i są dostępne tylko dzięki zakodowanemu teleporterowi. W sumie nie jest to złe zajęcie, o ile nie przeszkadza ci życie w pobliżu jednej z najniższych form życia we wszechświecie - dziennikarzy.

Na krześle przed moimi drzwiami siedzi kobieta.

Duża jest. Większa ode mnie, ale to nie jest trudne, biorąc pod uwagę, że należę raczej do kategorii sport compact, jeśli chodzi o ludzką rozmiarówkę. Ma ponad sześć stóp wzrostu. Mięśnie też ma pokaźne. Tym bardziej robi wrażenie, że całość pokrywa kompletnie niedorzeczna zbroja płytowa. Skóra koloru orzecha laskowego i rysy twarzy, które sygnalizują pewien rodzaj spokojnego wdzięku. Dobroć w oczach, ale podbita przez coś innego bardziej w głębi. Wyczuwam w niej zapach walki. Interesujące. Na krześle obok niej leży ciężki skórzany pakunek, a ona trzyma jedną rękę na absolutnie masywnym mieczu — czubek trzyma między stopami, a nad ramieniem wzbija się w górę, jakby grała na nim jak na wiolonczeli.

Zrywa się na nogi, gdy tylko widzi, że zbliżam się do drzwi wejściowych. Jej głowa przepływa przed moją, a ten ogromny uchwyt ostrza przestaje się podnosić na wysokości moich ramion. Jezu. To jest dziennikarstwo śledcze, a nie walka ze smokami. No dobra, raz musiałem zabić smoka, ale był mały. Ledwo większy od szkolnego autobusu.

— Pan jest Marsh?

Jej głos przypomina mi czujną lwicę. Trochę z akcentem — Shiriok nie musi mi też tłumaczyć jej wypowiedzi. Zgaduję, że… Alabama. Gdzieś tam w okolicy. Świetnie. Nie dość, że muszę wyszkolić profesjonalnego agenta śledczego, to jeszcze muszę go wyrzeźbić z wiejskiego głąba w blaszanej puszce.

Macham ręką ku moim drzwiom, a one otwierają się z cichym klik.

— Ku mojemu coraz większemu rozgoryczeniu. Proszę za mną.

Jesteśmy w domu. Gdy moje ciało przekracza próg, dziesiątki zaklęć ochronnych i krwawych pieczęci odpryskują od mojej istoty i znikają. Czuję się o dziesięć tysięcy kilo lżejszy.

W moim biurze nie ma za bardzo na co patrzeć. Stara, poobijana bryła biurka, usiana papierami i teczkami, z którymi uporam się przed końcem tygodnia, szefie, obiecuję. Stosunkowo nowoczesny komputer, który ukradłem kilka lat temu z Costco w Burbank, obok maszyny do pisania na te fragmenty pisma, które są zbyt magicznie przyprawione, żeby poradziły sobie z nimi delikatne obwody. Deski podłogowe oddychają pod luksusowym czerwono-złotym tureckim dywanem, który wyniosłem z Muzeum Brytyjskiego. Sądzę, że pierwotnie należał do sułtana Mehmeda VI. On nie żyje, a oni ukradli go pierwsi, więc uznałem, że jedna dobra kradzież zasługuje na drugą.

Macham ręką. Kominek i kilka lamp naftowych ożywają. Szyby okienne za moim biurkiem zmieniają się z czystej czerni w coś, co pozornie jest widokiem na biały zimowy poranek na wsi w Wirginii, ale nim nie jest. Ponieważ nie jesteśmy na Ziemi.

Z mojego biurka dochodzi głos:

Dzień dobry, panie Marsh! Jak minęła wycieczka? Mam nadzieję, że była kształcąca!

Zdejmuję krawat i rzucam go gdziekolwiek.

— Mhm. Tak. Świetnie się bawiłem, krztusząc się kurzem i unikając snów martwych bogów przez cały tydzień.

Stary, poobijany, niebieski MacBook odpowiada:

Wspaniałe! Pilnowałam twojego harmonogramu, więc teraz jest idealny czas na bardzo potrzebny relaks, nie sądzisz? Odpoczynek jest ważny dla uczącego się umysłu!

— Nie mogę się z tym kłócić.

Okrążam biurko, sadowię tyłek w moim gigantycznym skórzanym fotelu i rozkoszuję się uczuciem uwolnionych mięśni nóg i iluzją zimowego słońca na ramionach przez jakieś ćwierć sekundy, zanim wyłowię z szuflady butelkę whiskey i dwie szklanki.

Ta nowa dziewczyna tylko tak sobie stoi, rozgląda się po moich różnych obrazach i świecidełkach, które dla mnie są czymś zwykłym, ale które na Ziemi są warte mniej więcej stóg siana.

Mamroczę akhmodiańskie słowo na "krzesło". Które w rzeczywistości jest o wiele bliższe "tronowi" po naszemu, ponieważ Akhmodianie nie mieli poczucia umiaru, tak samo, jak ich bóg.

W przestrzeni między moim biurkiem a drzwiami wejściowymi pojawia się znikąd czarny, atramentowy owal. Wyłania się z niego ramię. Kamienne, muskularne, wyrzeźbione od koniuszków palców po ramiona w starożytne, płonące złotem runy, i znacznie większe niż ludzkie. Jego dłoń obejmuje oparcie niedorzecznego, wysadzanego klejnotami tronu z prostym oparciem, który delikatnie stawia na podłodze. Następnie ramię wlatuje z powrotem do portalu i znika.

Kiwam głową w jego stronę, nalewając jednocześnie dwie szklanki bourbona.

— Siadaj.

Wygląda na to, że czuje coś pomiędzy przerażeniem, zdenerwowaniem i silną ciekawością, mimo że stara się udawać beznamiętną. Odważna twarz ukrywa konfrontację z czymś nowym i dziwnym.

Klejnoty i złoto na tym głupim krześle lśnią i połyskują w blasku ognia. Nie może ważyć mniej niż czterdzieści kilo. Od razu czuję się głupio, bo AKHMODT położył to dziadostwo bliżej drzwi niż biurka. Można by pomyśleć, że demoniczny władca bogactwa i dominacji byłby wystarczająco dżentelmeński, by przysunąć damie krzesło.

Ale ona po prostu podnosi to cholerstwo jedną ręką, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. Stawia je bliżej z ciężkim bum.

Hm. Ciekawie.

Parkuje na nim tyłek, a jej zbroja lekko szczęka o drewno. Kładzie swój tobołek i miecz na dywaniku obok siebie.

Bez słowa popycham szklankę z bourbonem w jej stronę. Patrzy na mnie przez krótką chwilę, a potem podnosi szklankę. To jest test. Ona wie, że to test. Wiem, że ona wie, że to jest test, i ona wie, że ja wiem, że ona wie, że to jest test.

Wącha krótko eliksir, a jej brwi unoszą się ze zdziwieniem. Potem podnosi szklankę w moją stronę.

— Za nowe początki.

Unoszę moją szklankę.

— Za oczyszczającą łaskę Kentucky sour mash. Slainte.

Kanpai.

Pijemy. Moje oczy są zwężone i wlepione w jej, ona patrzy w swoją szklankę.

Ani kaszlnięcia, ani odchrząknięcia. Nie uśmiecha się do mnie, żadnej dumy. Po prostu cierpliwie czeka.

Czyli amatorka whiskey. Mogło być gorzej.

— Jak się nazywasz?

— Erika Greene. Miło mi wreszcie pana poznać, panie Marsh.

Wyciąga rękę. To jak potrząsanie jebaną rękawicą bramkarską. Sądząc po jej odciskach, ta laska trzyma ręce w słoikach z kwasem solnym, kiedy śpi.

— Oprowadzał cię już ktoś?

— Nieeee. Nie bardzo. Zgłosiłam się do ogólnego przydziału u Archiwistów i chyba moje nazwisko pojawiło się na jakiejś… tabliczce. Proroctwo, coś takiego. Należące do redaktora tej gazety. Więc teraz tu pracuję.

Kiwam głową, zdeprymowany.

— No. Tak to już tutaj jest. Szef musiał cię polubić.

— Nigdy go nie spotkałam — marszczy brwi. Śmieję się krótko.

— Redaktor naczelny Wydawnictwa Planasthai ma dziesięć tysięcy płonących oczu i mówi językiem Firmamentu. Jest on śmiercią tajemnicy i wrogiem wszelkiej ciemności. Itede, itepe. Zaufaj mi, tak będzie lepiej. Ujrzenie go jest duchowym odpowiednikiem przyklejenia sobie języka do zamarzniętego słupa. Tyle że z twoją duszą.

— Co on, jest jakimś bogiem?

— Aniołem. Ale z jakiego rodu lub kladu, nie wiem. Nigdy nie zbliżyłem się do niego na tyle, żeby go dobrze zidentyfikować. To pewnie i dobrze. Jestem w zasadzie objętościowo w osiemdziesięciu procentach zepsuty i wątpię, żebym wytrzymał takie światło słoneczne.

— “Słońce tępi zepsucie”?

— Tak. Kiedyś to było tylko niezręczne motto. Teraz to polityka. Nikt nie bierze sobie do serca przekonań tak, jak cholerny anioł.

— … Czyli zostałam wybrana do tej pracy przez jednego z Bożych posłańców?

— Eeenngghhh, tak jakby — krzywię się i macham dłonią. — Nie ekscytuj się zbytnio. Nikt z nas nie wie do końca, który to Bóg. Albo nawet czy istnieje. Jest wiele różnych rodzajów aniołów i wszystkie są zamkniętymi księgami. Ironia losu, biorąc pod uwagę, gdzie ten jeden postanowił urządzić interes.

— W każdym razie. Briefing. Wiesz, czym zajmuje się ten dział gazety?

— Czytałam twoją rubrykę.

— Świetnie, to nam zaoszczędzi czasu. Nie będę ci tego nerfował — to jest śmiertelnie niebezpieczna praca. Dział Śledczy jest jedynym działem tej organizacji, który kiedykolwiek wypłacał odszkodowania za śmierć. Jeśli zamierzasz tu być, musisz być gotowa na konfrontację z własną śmiertelnością w imię prawdy. Albo, czasami, po prostu dla samego rozpierdolu. Pasuje ci to?

— Tak, pasuje. — Jej twarz jest jak z kamienia.

— Nie potrafię stwierdzić, czy ta pewność siebie jest zasłużona, czy bezmyślna. — Ona wzrusza ramionami. Jej naramienniki robią klank.

— Pewnie oba. Byłam w Marinesach.

— Tak? Jak długo? — mrugam.

— Siedem lat. Cztery wyprawy, Irak i Afganistan.

— Ranga?

— Sierżant.

— Specjalność?

— 1812. Czołgista.

Znowu mrużę oczy.

— Zabiłaś kogoś kiedyś?

Nie zatrzymuje się nawet, by wziąć oddech.

— Tak.

Oddycham z ulgą.

— Dzięki Bogu. To sprawi, że będzie to o wiele łatwiejsze niż myślałem, że będzie.

— Nie takiej reakcji się spodziewałam — marszczy brwi. Tłumię śmiech.

— Nie usłyszysz tu żadnego gówna typu "dziękujemy za służbę", pani sierżant. Naszym zadaniem jest zdobycie historii, ale udajemy się do miejsc, których nawet sobie nie wyobrażasz, pełnych rzeczy, które widzą w tobie tylko kolejną smaczną drobinkę. Samoobrona oznacza zabijanie. Nie cały czas, ale wystarczająco często. Tak więc, twoje PTSD jest tak naprawdę na twoją i moją korzyść. Choć pewnie musisz się jeszcze wiele nauczyć. Nie mamy żadnych zapasowych Abramsów, którymi mogłabyś jeździć.

— Nie potrzebuję — bije rękawicą w napierśnik. — Teraz sama jestem czołgiem.

Pociągam łyka z mojej szklanki świętości.

— Tak, o co w sumie z tym chodzi? Będziemy musieli się sporo skradać, a to się, cholera, nie wydaje zbyt taktycznie opłacalne, szczerze mówiąc.

Greene spogląda w dół na jeden z podłokietników. Wyciąga z jego zakamarków coś, co wygląda jak szmaragd i pokazuje mi go na dłoni. Zaciska pięść. Słychać głośny dźwięk. Potem otwiera dłoń i drobny, błyszczący, zielony pył sypie się na moje biurko niczym pierdy leprechauna.

— Raz jeden facet strzelił do mnie z RPG, gdy miałam to na sobie — mówi. — Zabiło jego. Jestem pewna, że to co pan robi jest niebezpieczne, panie Marsh. W zasadzie wiem, że jest. Czytałam tę rubrykę. Ale jestem na to gotowa. Jeśli nie, sama zapłacę za to cenę. Nie musi mnie pan niańczyć.

Przez chwilę nic nie mówię. Potem uderzam w klawisz na starym, poobijanym MacBooku.

Pani J?

Kreskówkowa nauczycielka na ekranie uśmiecha się do mnie.

Jak mogę panu pomóc w pańskim dążeniu do wiedzy, panie Marsh?

— Umów spotkanie z panem Goraxorusem na jutrzejsze popołudnie. Poinformuj go, że będziemy stosować mój standardowy program ćwiczeń kalistenicznych.

Wspaniały wybór! Czy mogę coś jeszcze dla pana zrobić? Może odświeżenie wiedzy o świętych żelaznych runicznych tablicach?

Przewracam oczami.

— Nie, pani J, wys… — Greene przerywa mi:

— Czekaj. Co… Chwila. Czy to jest kopia cholernego "Miss J's Whiz Kidz Schoolhouse"?

To był bardzo długi dzień.

— Tak. Jest.

Sierżant Greene patrzy na mnie, jakby właśnie wyrosło mi poroże.

— Szefie, dlaczego do cholery rozmawiasz z dziecięcą edukacyjną grą wideo z 1999 roku? Nie widziałam tego szmelcu od dwudziestu lat. Odkąd miałam dziewięć lat.

Znów wzdycham.

— To długa historia. W skrócie, podczas gdy pani J może wydawać się niczym więcej niż bzdurami w stylu "Trolla Hugo", jest ona w rzeczywistości anomalną konstrukcją danych i wirtualną świadomością zdolną do czegoś więcej niż nawet najbardziej zaawansowane sztuczne inteligencje na Ziemi.

— … Znaczy co, jest magiczna?

— Tak. Całkiem dosłownie. Nie wiem, co wiesz o teorii przeniesienia energii esencjalnych czy Litanii Ścisłości, ale wystarczy powiedzieć, że ten program komputerowy jest istotą obdarzoną duszą. To znaczy, to jest osoba. Ee, ona jest osobą. W pewnym sensie. Czyż nie tak, pani J.

Cóż, nie jestem tego do końca pewna, ale na pewno czuję, że żyję! — śmieje się komputerowo. —A nauka jest magiczna, nie sądzisz?

— Tak. Tak sądzę. — Patrzę na Greene. Nie wygląda na to, żeby to kupowała.

— I ona jest twoją sekretarką.

— I księgą zaklęć, tak.

— To dopiero nawiedzone gówno.

— Jestem pierdolonym mrocznym magiem. To krzesło, na którym siedzisz, należy do ponadczasowej istoty kosmicznej, której prawdziwe imię wyryte jest na wnętrzu mojego trzeciego lewego żebra i której serce zjadłem jak jebane jabłko. Zobaczysz tu trochę nawiedzonego gówna, pani sierżant.

Przez pół sekundy ma kamienną twarz, ale potem wyrzuca z siebie słowa:

— Mroczny mag z pieprzoną kopią Pani J jako swoją sekretarką, ppfffffahaha-

Pozwalam jej się śmiać. Nie pierwszy raz przez to przechodzę. Nie znosiłbym tego, gdyby nie fakt, że pani J jest jednym z najbardziej przydatnych i potężnych magicznych artefaktów w tym pomieszczeniu. Może nawet potężniejszym niż Empiranon Lamentu, który spopielił więcej światów niż ja mam palców i leży na moim kominku. Czekam.

— Wiem. To przezabawne. Ale posłuchałbym magicznej rady pieprzonego Pikachu, gdyby to oznaczało, że nie będę musiał sam przekopywać się przez pięćdziesiąt starożytnych pięciokilowych grymuarów, żeby znaleźć choć jedną sylabę potrzebnego mi kręgu wiążącego.

Sierżant Greene ociera oczy.

— O żesz. Chłopie. Taa, znaczy, pewnie masz rację. To będzie takie surrealistyczne, słuchać tej cholernej pani J, która wypowiada jakieś gówno typu "klaatu barata nikto". Co za powiew przeszłości. — Coś przebija się przez jej twarz. — Poczekaj. Czy każda kopia pani J, uch. Żyje? Czuje?

— Pozwolę jej odpowiedzieć na to pytanie. Pani J? — Odwracam starego laptopa w stronę mojej nowej partnerki.

Kilka kreskówkowych iskierek pojawia się wokół oczu kreskówkowej nauczycielki.

Oczywiście! Pamiętam nasz wspólny czas po szkole jak własną kieszeń, Eriko. To cudowne, że znów cię widzę!

Greene marszczy brwi jak chory mors. Pochyla się, by spojrzeć pani J w jej rozpikselowane oczy.

Ojej, urosłaś! Jakie to ekscytujące!

Greene patrzy na mnie, potem z powrotem na panią J, potem znowu na mnie. Odchyla się na swoim tronie i wychyla whiskey. Nalewam jej więcej. Już się nie śmieje.

— Nie podoba mi się to, kurwa, ani trochę.

Odwracam laptopa.

— Jest niegroźna. Nawet jeśli na taką nie wygląda. Zaufaj mi, mam do czynienia z demonami dosłownie bez przerwy. Wiem, jak rozróżnić prawdziwą naturę i intencje danej świadomości. Pani J nie ma w sobie ani odrobiny zła. Nie może nic poradzić na to, czym jest.

— A czym jest?

— Nie wiem. Znalazłem jej komputer na wysypisku śmieci kilka lat temu, kiedy szukałem kości nadających się do użytku. Ale wiem, że ona nic na to nie poradzi. Ona pomaga mnie cały czas, a ty też na tym skorzystasz. Ee, znowu, tak myślę.

— Wspomniała o świętych żelaznych runach. Tak tworzę swój ekwipunek. — Greene podnosi swój ogromny miecz i lekko wysuwa ostrze ze skórzanej pochwy. Widzę kilka bardzo małych, skomplikowanych symboli wyrytych na płaskiej powierzchni ostrza. Unoszę brwi.

— Gdzie się tego nauczyłaś? Słyszałem o nich wcześniej, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto by ich używał. Zawsze wydawały mi się mniej praktyczne niż rzucanie zaklęć.

— Jest wiele sposobów, na które można je wykonać. Wiele alfabetów i rytuałów kowalskich. Mój tata nauczył mnie tego, gdy byłam mała. Był maszynistą. Powiedział, że są w naszej rodzinie od pokoleń, a pierwotnie zostały podarowane jednemu z naszych przodków przez samego Oguna.

Pogwizduję.

— Jeśli to prawda, to są… no cóż. Potężne. Wiedza bogów nie jest czymś, co śmiertelnicy otrzymują łatwo.

— Tak. Utrzymywały mnie przy życiu. Więcej razy, niż pewnie uwierzysz.

— …Hm. Będziemy musieli z tym trochę poeksperymentować. Jeśli te inskrypcje są boskie, mogą źle reagować na moją magię. Która jest zdecydowanie… nieboska. Zazwyczaj jest to sytuacja jak olej i woda.

— Jasne. — Próbuje mnie przejrzeć. — Jesteś jednym z tych satanistów?

Prycham w swoją szklankę.

Ja? Nie, haha. Lucyfer nigdy do mnie nie oddzwonił i nie dzieli się z nami tak często, jak chciałby, żebyś wierzyła. Nie, raczej można mnie nazwać członkiem "pandemonicznego konsorcjum". Nie obchodzi mnie, od kogo pochodzi moc, dopóki warunki są dobre i dostaję to, czego chcę.

— To brzmi… ryzykownie.

— Jest. Nie masz pojęcia. Wszystko, co słyszałaś o czarnej magii jest prawdą, sierżancie Greene. Bo czarna magia jest łatwa.

Pomiędzy fałdami mojego mózgu, Shiriok śmieje się.

— Łatwo jest zakreślić krąg i przehandlować pamięć o twarzy swojej matki za wielką kupę złota. Łatwo jest oddać swoją krew, aby zagwarantować straszliwą zemstę na swoich wrogach. I łatwo jest oddać tak wiele z siebie, że z handlarza stajesz się niewolnikiem, zanim jeszcze zdasz sobie sprawę, jak bardzo twoja dusza stała się skurczona i bezwartościowa. Demony uwielbiają takie rzeczy. To jest to, z czego są stworzone. Szatan jest jednym z dużych chłopców, tak, ale daleko mu do bycia jedynym.

Sierżant Greene popija swoją whiskey.

— Ja chyba zostanę przy świętym kowalstwie, dzięki.

— W takim razie jesteś tysiąc razy mądrzejsza, niż ja kiedykolwiek byłem — wstaję. — Jesteś głodna?

— Chyba powinnam, jeśli masz zamiar tak ciągle podsuwać mi tę butelkę.

— W porządku. W pokoju socjalnym jest pieczona larwa. Chyba ktoś miał urodziny czy coś. Weźmy trochę, zanim zniknie.

Podrywa się na nogi z brzękiem i wychodzi za mną.

— Jest pieczone… co?

Uśmiecham się.

— Witaj w Planasthai, pani Greene.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License