Odpływ świadomości zawitał w me progi,
Przybył mi sen zapomniany, bardzo drogi.
Łza się zalewa, gdy wspomnień te odnogi,
Ukazują mi prawdy budzące moje trwogi.
Zgubnie w lawirze tych myśli,
Przyjdzie mi tak,
Trwać,
Przyjdzie mi odkrywać.
W głębi to trwało tyle czasu,
I trwać wiele kolejnych jeszcze mogło.
Ułuda jednak obudzona, martwa zastana.
Świat się otworzył jak nigdy dotąd,
Hipokryzję i kłamstwa mi ukazując.
Zakłamanie żywota już nie podziała.
To nie młodość by myśl zbić z działa.
Zgubione zostało me jestewie,
A odnalezione obrośne w plewie.
I tak oto oczyszczenie…
Ujawniło pod skazami pęknięć nowych wiele.
Barwy bizmutyczne wyglądać zaczęły śmiele,
Unosząc mnie w skrzekliwym piewie.
Wiedziane, wiedziane, wiedziane, wiedziane.
Było to wszystko już tak bardzo spodziewane.
Gdy z pierwszymi snami zostało zapowiedziane.
Tępe gwoździe w czoło mnie się wbijają,
Ślepym duchem post mortem zastają.
Skalpele niewidoczne przez grdykę przechodzą,
Uciszają lament niewypowiedziany.
W oczy me spojrzy bliski każdy,
I bunt przeciwko sobie u mnie ozobaczy.
Szumnie w uszach piszczą antyeuforie.
Ból.
A oto i ja w stagancji trwać będę.
W zdolności niezdolności do zmiany przyjęcia.
Talencie beztalencia.
Pływami uniosę się szczerze ku otchłani.
Pókim nie sczeźnie me ciało bądź umysł.
Oczy trzech kolorów w pięciodzielnym układzie.
Oczy. Oczy. Oczy. Tęsknota.
Utracone zostały lata z tyłu niepoznaki.
Gdzie byłoby moje ja,
Gdyby nie moja ślepota na wszelki znaki.
Dziecięcie nieświadome mogło być.
Staręcie nowej roli już nie przyjmie.
Umrze w kłamstwie.
