Prolog
Robert Wachowski, fizyk kwantowy i wynalazca, stał dumnie podziwiając owoc swojej pracy. Był nim skafander kosmiczny przystosowany do podróży po niesprzyjającej powierzchni Marsa. Naukowiec odznaczał się w swojej aparycji krótkimi brąz włosami zaczesywanymi z przodu na tył, dość długim i haczykowatym nosem oraz jednodniowym nie zgolonym jeszcze zarostem.
Nie był wysoki ale także nie był niziołkiem. Jego charakter był trudny do określenia. Nie lubił kiedy ktoś mu przeszkadzał w pracowni zwłaszcza, kiedy dokonywał obliczeń jakie potem implementował w jeszcze jednym ze swoich wynalazków którego istnienie ukrywał i zachowywał wiadomym tylko dla nielicznych.
— O pan Wachowsky — odpowiedział jeden z magistrów wchodząc do jego pracowni bez pukania.
— Panie Poul myślę iż przed otworzeniem drzwi należy zapukać. — odparł naukowiec
— Ależ oczywiście, mam wyniki…
— To niech pan to zrobi.
— Słucham?
— Niech pan wejdzie jeszcze raz. Tym razem z pukaniem. — wycedził przez zęby Robert, nie odwracając się w jego stronę.
Magister zamknął drzwi do pracowni, zapukał i wszedł ponownie. Nie mógł się przyzwyczaić do tych manieryzmów naukowca, choć znali się już cały miesiąc. Wachowski zdecydowanie był dziwnym człowiekiem. Był surowy jednak kiedy był ze swoimi krewnymi, rodziną miękł i zamieniał się dobrego poczciwego wujka. Tylko w pracy był oschły i nieprzyjemny.
— Wspominał pan coś o obliczeniach. Gdzie papiery?
— Tutaj. — odparł Poul kładąc upragnioną lekturę naukowca na jego biurku po czym dodał — pański cichy projekt, w który mnie pan raczył mnie wtajemniczyć może zadziałać jednak nie jestem pewien czy jest bezpieczny. Może zdecydował się by pan go upublicznić przed kolegami.
— Płacę ci za pracę nie za opinię, panie Poul. Jeżeli wyniki są po mojej myśli to nic złego się nie stanie a dokonam przełomu.
— Tak ale…mimo wszystko…
— Mimo wszystko powinien się pan spotkać z tą dziewczyną, z którą pan chodzi od jakiegoś czasu. Popatrz za okno. Dziewczę marznie czekając na kogoś. Pracownia zaraz zostanie zamknięta a ja uraczę się pańską lekturą. Na tę chwilę jest pan wolny.
Po tej wymianie kwestii obaj współpracownicy rozstali się nie zamieniwszy już ani jednego słowa. Robert wziął wyniki swojego tajnego wynalazku i zaczął je studiować. Fundusze jakie mu przyznane były znaczne i część z nich poszła również na jego tajny projekcik. Soniczny Oscylator Między-wymiarowy.
Maszyna ta byłą niezwykle mała i zakładana była na ramię od nadgarstka po łokieć. Była podłużna posiadała parę przycisków wraz z niewielkim ekranem w który wyświetlał dane. Całość była w sobie nawet zgrabnym komputerkiem pokładowym o jakim astronauci mogli jedynie pomarzyć. Wachowski ukrywał przed światem ten wynalazek ponieważ miał niejasne przeczucie iż gdyby upublicznił go wraz z teorią iż wszechświat ma wiele równoległych warstw a nie światów równoległych to wywróciłoby ów światek naukowy do góry nogami.
Koncept takiej teorii nie był jednak nowy. Naukowiec zdawał sobie sprawę iż to co odkrył mogło doprowadzić również do nieprzewidzianych spięć na arenie międzynarodowej. Ludzie mogliby wykorzystywać owo urządzenie do prymitywnych pobudek takich jak władza, wzbogacenie się czy też terroryzm. Jednak pokusa była na tyle wielka iż Wachowski chciał się jej oddać.
Gdyby tylko na chwilę mógł zanurzyć się w dziwnym i egzotycznym świecie zupełnie innym od naszego ziemskiego byłby w siódmym niebie. Wertując kolejne stronice skomplikowanych obliczeń aż promieniał na myśl kiedy będzie mógł po prostu zniknąć ku nieznanemu. W końcu zmęczony, wycieńczony spiął dokumenty i wsadził do szuflady, którą zakluczył.W parę chwil później wsiadł do swojego małego auta. Malucha którym jeździł odkąd miał 20 lat i który przewiózł do Ameryki z samej Polski. Wehikuł ten budził politowanie wśród jego przyjaciół i przechodniów on jednak niezwykle lubił ten pojazd. Darzył go wielkim sentymentem.
Zajechawszy przed swój dom zakluczył auto zakładając dodatkowo blokadę na kierownicę choć nikt by mu tego wraku przeszłości po prostu nie ukradł. Wszedł słaniając się na nogach do swojego mieszkania gdzie przywitała go tylko pustka. Nie było nikogo. Bo i któż miałby być.
Rodzina widziała się z nim raz na ruski rok kiedy to przylatywał do swojego rodzinnego kraju. W Ameryce nie miał przyjaciół tylko współpracowników z których to połowę opierdalał za nieróbstwo i zapuszczanie mięśnia piwnego za biurkiem.Wchodząc do kuchni zrobił sobie z automatu kawę i aż skrzywił się iż ten nawyk tak bardzo wszedł mu w nawyk. Przez chwilę patrzył na kubek wypełniony czarną cieczą po czym niechętnie dodał do niej dwie kostki cukru i zalał odrobiną mleka. Wywar nabrał jasno brązowego koloru.
Energiczna łyżka wymieszała resztę nierozpuszczonego cukru. W parę chwil później Robert odpalił komputer i przejrzał swoją skrzynkę odbiorczą. W pewnym momencie zauważył nowo przybyłą wiadomość. "W związku z cięciem kosztów, NASA zawiesza pański projekt Ursus".
Oczy naukowca powiększyły się.
— A więc to tak skurwiele…— wycedził przez zęby po czym dodał — …jeszcze zobaczymy.
Noc byłą jeszcze młoda ale Wachowski już obmyślił plan swojej zemsty. Postanowił zniknąć z tego świata raz na zawsze.
***
Nad ranem kiedy jeszcze słońce nie zdążyło wzejść nad horyzont. Palcówka naukowa w której pracował naukowiec stanęła w "płomieniach" czerwonego światła. Ktoś włamał się na jej teren i skradł kombinezon. Służby reakcyjne wbiły do kompleksu ale było już za późno. Robert Wachowski ubrany w swoje dzieło oraz z nałożonym na ramię Oscylatorem mimo iż osaczony uśmiechnął się do siebie po czym nacisnął guzik na swoim tajnym wynalazku.
— Adios pijawki. — powiedział.
Nagle przestrzeń wokół niego zaczęła się załamywać. Kombinezon otoczyła świetlista plazma, nastał wielki huk a potem nic. Tak właśnie naukowiec zniknął z powierzchni ziemi a wszystkie akta tej sprawy zostały utajnione.
Rozdział I: Bakalandy
Arianin siedział przed swoim świetlistym żaglowcem próbując naprawiać panel słoneczny swojego pojazdu. Nie był człowiekiem. Jego rasa zamieszkiwała tę planetę od urodzenia. Miała mieszane biomy jednak największym z nich byłą własnie piaskowa pustynia. Kadłub słonecznej maszyny zdążyły już przykryć piaski zaś jej właściciel nie miał już sił odgarniać piachu czymś w rodzaju łopaty by utorować swojemu wehikułowi drogę. Zanosiło się na burzę piaskową.
Właściciel pojazdu szedł zatem do wnętrza maszyny i zamknął się w niej. Nie panikował, zapasów starczyłoby mu na ziemski tydzień, poza tym niewiele jadł. Ot raz na jeden ariański dzień, który przeliczony na godziny trwałby 18-cie godzin.
Nagle przez przeźroczyste wzierniki pojazdu mieszkaniec swojej rodzimej planety zauważył jakąś sylwetkę. Była na początku bardzo niewielka jednak w miarę zbliżania się rosła. Wędrowiec szedł tak przez dłuższą chwilę póki nie zatrzymał się przed maszyną Arianina. Obie istoty zobaczyły się przez przeźroczysty kryształ wzierników. Arianin niepewnie otworzył śluzę i pozwolił wejść nieznajomemu. Wszyscy Arianie byli rasą daleko stroniącą od konfliktu i skłaniali się ku niej tylko jeżeli była nieunikniona.
Tymczasem nieznajomy okazał się mieć dziwny niekompletny strój do spacerów w próżni kosmicznej. Był po części ubrany w skórę z okolicznej fauny jaką można było nabyć w miasteczkach znajdujących się na północ stąd. Ponadto miał dziwny ziemisty pigment na skórze, który w ogóle niepodobny był do Arianina ponieważ ci mieli ją białą jak mleko.
— Dasz ra zam — powiedział przybysz o nieco długim haczykowatym nosie a Arianin aż wzdrygnął się na to powitanie.
Fraza była naturalnym dla nich przywitaniem się jednak wypowiedziana ustami obcej istoty budziła nieco grozy i strachu.
— Nie bój się nic ci nie zrobię. Moje imię to Robert. Jestem z innego świata.
Ta fraza podziałała na ciekawość Arianina. Po raz pierwszy zobaczył coś co posługiwało się jego językiem i myślało na poziomie podobnym do niego. Co prawda skolaryści ariańscy wygłaszali przemówienia o życiu które istnieje na wielu planetach w wielu układach gwiezdnych i w wielu galaktykach ale nigdy by nie przypuszczał iż dane mu będzie spotkać Obcego.
— Kim jesteś? Czym jesteś? — wydukał nieco melodyjnym tonem
— Podróżnikiem, takim jak ty. Moja rasa nazywa takich jak ja "Człowiekiem".
— Człowiekiem?
— Tak, człowiekiem. Ale myśląc iż zamieszkujemy planetę która nazywa się Ziemią możesz też nas nazywać Ziemianami.
— Czemu istnieją aż dwa określenia na wasz gatunek.
— Jest też i trzecie: "Ludzie". To liczba mnoga.
Arianin sprawiał wrażenie zadziwionego. Jego postura górowała nad przybyszem jednak uważniejszy obserwator tej konwersacji zauważyłby iż blado-skóry mieszkaniec planety zwanej Arią aż kurczy się z lęku przed tym co nieznane.
"Co jeżeli jest agresywny? Co robić jeżeli postanowi mnie zabić? Broń, gdzie jest broń?"
Takie i nie tylko myśli kłębiły się w mózgu Arianina.
— Masz może bakalandy? -spytał człowiek drapiąc się w miesięczny zarost na swojej brodzie.
— Bakalandy?
— Tak, Bakalandy. Takie owoce z cieczą w środku.
Arianin niepewnie zajrzał do swojego spichlerzyka i po kilku krótkich chwilach przyniósł dwa owoce o wdzięcznej nazwie. Wyglądały jak zielone piłki nieco zdeformowane przez wybrzuszenie, które nadawało im znajomy wygląd owoców jakimi dla ziemian są kabaczki. Wędrowiec wziął tylko jeden owoc a drugi zostawił dla gospodarza pojazdu.
Uspokojony tym gestem Rdzennik Planety odprężył się nieco. Wiedział iż gdyby wędrowiec wziął oba Bakalandy świadczyłoby to o zachłanności i niekoniecznie dobrych intencjach. Wzięcie jednego zaś świadczyło o skromności i łagodnym usposobieniu. Był to stary zwyczaj wśród Arian praktykowany na całym ich globie.
— A więc…gdzie leży ta cała Ziemia.
— Jest daleko. Ale nie wiem gdzie dokładnie. -odparł wędrowiec zajadając się owocem i pijąc jego odżywcze soki.
— Jak długo podróżujesz?
— Nie pamiętam…powiedzmy iż od 15-tu cykli.
— To niewiele. Nie jesteś zaprawionym w wędrówkach przez pustynie.
— Tak samo jak niezaprawiony jest twój pojazd. Ale spokojnie, pomogę ci go naprawić. W ramach za tą przysługę odstawisz mnie do najbliższej wioski i będziemy "kwita".
— "Kwita"?
— To takie ziemskie powiedzenie. Oznacza że będziemy "rozliczeni" albo "w porządku".
Słowa te nieco zaniepokoiły słuchacza. Wydawane przez zachrypnięty, dość głęboki głos brzmiały jak warknięcia Ornaslów. Drapieżników pustyni które połykają i miażdżą swoje ofiary w swoich umięśnionych gardzielach. Podróżnik nie był z tego świata ale w krótkim czasie nauczył się posługiwać jego ojczystym językiem. Językiem jedynym na całą planetę chociaż posiadał wiele gwar i pseudodialektów, które jednak nie odbiegały zbytnio od ogólno przyjętej formy.
Po zjedzeniu owoców obaj przedstawiciele dwóch różnych gatunków zaczęli się wymieniać informacjami w formie opowieści co przeżyli i czego doświadczyli. Człowiek odpowiadał na pytania niezgrabnie, nieraz nie umiał dobierać odpowiednich słów. Arianin zaś starał się mu wytłumaczyć gdzie robi błędy. Czas mijał a burza zelżała aż porywiste podmuchy kompletnie zamarły. Promienie gwiazdy wyjrzało zza horyzontu. Czas się było zabrać za robotę. Człowiek obejrzał żagle słoneczne i ręcznie rozpostarł je. Później pomógł odkopać kadłub słonecznego żaglowca i już w parę chwil później Robert Wachowski mógł podziwiać zmieniający się pustynny, falujący pejzaż. Był w ruchu. Zmierzał na południe planety do jednego z bliższych miast położonego w górze nurtu rzecznego. A Bakalandy? Było ich jeszcze sporo by zaspokoić pragnienie.
Rozdział II: W mieście.
Dojechawszy do miasta którego budynki były zbudowane z marmuru Robert pożegnał się z Arianinem i już miał pójść w swoją stronę gdy ten zatrzymał go gestem dłoni.
— Znam w tym mieście pewnego szamana… — zaczął niepewnie. Naukowiec jednak go słuchał uważnie—…potrafi widzieć przyszłość, może coś powiedzieć o Tobie i twoim przeznaczeniu jeżeli kiedykolwiek zwątpisz w siebie on może Ci pomóc.
— Doceniam twoją pomoc Arianinie jednak nie zwykłem być przesądnym. Powiedz mi jednak swoje imię bym mógł je zapamiętać. Być może jeszcze się spotkamy.
— Zwę się Aber Linar. Jestem z domu Ur.
— O a więc jesteś szlachetnie urodzony. -zaśmiał się naukowiec poprawiając plecak i sprawdzając swoje naramienne urządzenie, Oscylator. W chwilę później oba osobistości się pożegnały. Arianin zajechał swoim żaglowcem w wyznaczoną strefę przeznaczoną na parkowanie.
Robert jednak poszedł w kierunku straganów. Miał trochę gotówki w postaci porcelanowych patyczków pokrytych symbolami jakie oznaczały ich wartość. Waluta jaką posiadali Arianie nazywała się "Rygami". Podchodząc do jednego ze sprzedawców na rynku kupił suszone mięso wędzone na tłustym lecz pożywnym oleju z Bakobaków. Roślin wykorzystywanych kulinarnie.
Słoneczna gwiazda zdążyła już schować się za horyzont, kiedy to Wachowski wynajął pokój w pewnym "hotelu". Ogólnie budził swoją obecnością zdziwienie i więcej pytań niż odpowiedzi. Arianie przyglądali mu się z niedowierzaniem i omijali zachowując znaczny odstęp. Naukowiec nic sobie z tego nie robił. Wiedział iż kreatura wyglądająca tak jak on nie zalicza się do kanonu piękna. Zamykając drzwi w formie śluzy rozgościł się na łóżku, które niewiele różniło się od Ziemskiego. Wyjął z plecaka magnetofon i rozpoczął nagrywanie.
— Dzień 126-ty wyprawy. Dziś przybyłem do miasta pustynnego które założone było nad rzeką.Roślinność jest różnorodna, mieszkańcy stronią ode mnie…a niech by ich pies lizał, spotkałem także podróżnika Abera Linara z domu Ur. Zauważyłem jednak niepokojącą rzecz. Soniczny Oscylator Międzywymiarowy przerzuca mnie nie do innych wersji tej samej Ziemi. Wygląda na to że przerzuca mnie pomiędzy planetami w różnych układach słonecznych. Wynika z tego że warstwy wymiarów nie stoją a trwają w dziwnym i nieustannym ruchu. Nie przewidziałem takiego obrotu spraw. Oznacza to że nie mogę być pewny tego gdzie mnie wyrzuci no i najważniejsza sprawa. Nie mogę powrócić do swojego domu. Wymiary są jak wielowarstwowe ciasto, które z braku porównań zachowuje się jak woda. Nie wiem jak bardziej zrozumiale to określić. Boję się skakać, mój kombinezon jest uszkodzony i mogę skończyć w próżni a to byłby koniec moich harcy. Na razie postaram się znaleźć materiały do naprawy kombinezonu. Posiada jedynie centymetrowe rozcięcie nad ramieniem. Trzeba je załatać i uszczelnić. Robert Wachowski, koniec logu.
To mówiąc naukowiec wyłączył nagrywanie magnetofonu. Postanowił rozebrać się z kombinezonu i zmęczony zasnął w krótkich spodniach i koszulce. Ranek przywitał go gwarnością ulicy. Każda Ariańska dusza przekrzykiwała się na straganie targując się o ceny produktów które oferowali.Robert wyjrzał przez okno i podziwiał nieco rozespanym wzrokiem okolicę. Niektórzy patrzyli na niego ze zdziwieniem. Inni czmychali przed jego wzrokiem. Jeszcze inni po prostu się dziwili i powracali do swoich codziennych zajęć.
— Czy naprawdę wyglądam aż tak dziwnie? — powiedział Naukowiec przecierając oczy. Nagle jednak wrzawa ucichła. Zapadła głęboka trwoga wraz jak na scenerię wtargnęły czarne sztandary. Na targowisko wtoczył się pochód obranych na czarno Arian. Ich skóra była poraniona a rekwizyty trzymane w ich dłoniach miały wygięte i ostre kształty. Był to bowiem pochód Nekrotydów, filozoficznego wyznania które głosiło iż poprzez ból i umartwianie się można osiągnąć szczęście. Robert w myślach przezywał to ugrupowanie arian Sektą ale prawda była taka iż nie wyznawali oni żadnego bóstwa. Jedynie ideę.
Naukowiec zniknął w głębi swojego pokoju. Jeszcze tego było trzeba żeby go zauważyli zaczęli się przyglądać jego brodzie. Arianie byli bowiem wysocy, biali zamiast nosa posiadali nozdrza oraz cztery palce u rąk i stóp. Poza tymi "detalami" wyglądali humanoidalnie. Robert rozebrał się do naga i przystąpił do mycia się w kabinie która znajdowała się w jego pokoju. Urządzenie wyglądało jak kabina prysznicowa jednak zamiast wody wylewała przez sito nad głową śluz. Naukowiec nacisnął guzik i porcja galaretowatej cieczy wylała się na jego głowę.
Ogarnęła całe jego ciało które zaczęło zjadać wszelki bród i naskórek. Potem nastała druga faza. Na Roberta padło czerwone światło które zaczęło upłynniać śluz do postaci cieczy, która zaczęła spływać w owalny otwór na dole. Wreszcie przyszła faza suszenia. Letni wiatr omiótł myjącego się i w prę chwil później naukowiec był czysty od wszelkich zanieczyszczeń. Nie lubił tej kąpieli. Wolał wodę ale niestety woda była o wiele cenniejsza i nie mogła być marnowana.
Odświeżony Wachowski ubrał się w skafander i wyszedł. Na noclegu stracił 4 Rygi a pozostało mu 15-cie. Nie zamierzał zostawać w tym miejscu dłużej niż trzeba, zjadł śniadanie w postaci smażonych grzybów w jadalni i pokrzepiony takowym posiłkiem podziękował nadal zdziwionej księgowej za gościnę wychodząc na zewnątrz. 4 Rygi za nocleg zostały zapłacone z góry więc nie musiał się już rozliczać. Wychodząc zaczerpnął świeżego powietrza. Już miał ruszyć w swoją drogę gdy uczył silny ból w skroni. Wpierw myślał iż to jakieś zatrucie jednak kiedy złapał się za skroń zobaczył krew. Rozejrzał się wokoło i dostrzegł czarno ubranego Arianina z metalową lancą. Jego twarz pomarszczona byłą w gniewie. Po raz pierwszy widział coś nienaturalnego i zdecydował się to uderzyć. Naukowiec upadł na kolano uderzony w nogi lecz nim napastnik zdążył go uderzyć po raz trzeci Robert nacisnął dwa guziki. Jeden sprawił iż jego kask zamknął się szklaną czerwoną kopułą a drugi uruchomił Oscylator. Jego wzrok był rozmyty jednak to co zdążył uchwycić to wszechogarniającą go aura plazmy.
I tak Robert Wachowski zniknął z powierzchni planety Arian. Pozostawiając świadków tego zdarzenia w niemym osłupieniu.
Rozdział III: Nowa planeta.
Nie trwało długo kiedy poczuł pod sobą twardą ziemię. Przez chwilę zastanawiał się jak to możliwe iż na planecie Arian nie dorwało go żadne choróbsko. Wyglądało na to iż różnice międzygatunkowe były zbyt duże żeby doszło do choroby. Przecież ludzie nie chorują na wirusy jakie trawią rośliny. Idąc tą logiką niemożliwym było by człowiek zachorował na tą samą chorobę co Arianin. Teraz jednak przed naukowcem rozpościerała się już inna dziwna sceneria.
Zobaczył cień w parę chwil później zobaczył również humanoidalną istotę. Nie wiedział dlaczego nie spotkał jeszcze czegoś kompletnie innego od formy ludzkiej. Stworzenie jednak różniło się w szczegółach. Miało podłużny pysk, drapieżny wygląd, ostre może nieco podobne do wilka zęby, gadzie oczy oraz ogon. Całe ciało tego czegoś było pokryte sierścią, która miała miejscami przebarwienia. Nogi zaś wyglądały tak jakby owa kreatura byłą spokrewniona z kangurem. Brak pięty jak w ludzkiej stopie, która rozkładałaby ciężar dwunożnego osobnika.
Poza tym pazury. Długie zdawałoby się na niecały cal. Istota wydała okrzyk przerażenia i szturchnęła go metalową dzidą.
— Idź precz! — powiedział po polsku Robert zaś pysk kreatury obnażył w dziwnym warknięciu zęby. W parę chwil później nieco wytrzeźwiały naukowiec był prowadzony przez ową istotę ze związanymi dłońmi z tyłu przy pomocy mocnego skórzanego paska. Humanoid popychał go tępą stroną włóczni sam ubrany w coś na kształt zbroi. Bez wątpienia był żołnierzem na jakimś patrolu i znalazł go gdzieś pośród okolicznej flory. ? Naukowiec ledwo poznał niuanse języka
Arian a już musiał się przyzwyczaić do nowego. Równie odrębnego i egzotycznego języka. W parę chwil później dotarł do niewielkiej wioski która zdawała się być urobiona z gliny. Lepianki domów posiadały wartowników przyzdobionych w matowe pancerze. W pewnym momencie nogi naukowca podkoszone zostały przez wprawne uderzenie włócznią. Naukowiec padł na twarz a wokół niego utworzyło się niemałe zbiegowisko. Nawet młode osobniki tego humanoidalnego gatunku wybiegły z prymitywnych hat swoich rodzin.
Naukowiec popatrzył na ekran oscylatora. Kompozycja atmosfery była taka sama jak na ziemi z tym wyjątkiem iż było tutaj dość sporo helu. Nierozsądnie nacisnąwszy na przycisk chowania szklanej przyłbicy naukowiec odsłonił swoje oblicze. Istoty dziwiły się jego obliczu.
Wyglądał odpychająco lecz nieco interesująco. W krótkim czasie pomimo ostrzeżeń strażników, którzy zdążyli utworzyć zbiegowisko zaczęły ostrożnie dotykać go ręce malutkich niedorostków. Naukowiec nie bronił się po prostu stał nieruchomo pozwalając się dotykać małym rączkom dzieci które może nieco nachalnie ciągnęły go za nos, policzki i brodę. Szybko jednak zbiegowisko zostało rozgonione a strażnicy wepchnęli naukowca do chaty gdzie został związany do wpitego w ziemię drewnianego bala. A przynajmniej tak to wyglądało.
— No pięknie, nieco zajmie przyzwyczajanie się do tego gdzie jestem… — pomyślał naukowiec widząc jak jego plecak, który dawno został zdjęty został gruntownie przeszukany. Istoty dziwiły się znalezionym rzeczom i niespokojnie machały swoimi ogonami. Wydawały niezrozumiałe odgłosy formowane w słowa tak dalece obce iż Wachowski nie śmiał ich powtarzać.
Jego sytuacja wyglądała nie najlepiej. Wprawdzie mógł zniknąć przenieść się do innego wymiaru ale bał się. Strach przed nieznanym okazał się silniejszy a tylko czas mógł pokazać co będzie dalej.
Rozdział IV: Ponowna Nauka i życie w wiosce a także powrót
Wiele dni zajęło Podróżnikowi z innego świata nauka nowego języka. Był to bowiem taki język na którym łamał sobie język. W lepiance odwiedzał go codziennie przedstawiciel wioski, który miał siwe futro. Musiał być stary. Powoli krok po kroku Wachowski nauczył się egzotycznego języka. Dowiedział się iż znajduje się na planecie zwanej Tal. Zaś jego mieszkańcy zwą się po prostu "ludem". Naukowiec nie wiedział jak nazywać te myślące istoty. Wiele dni też zajęło przyswajanie nowego pokarmu który był mięsem i mieszaniną warzyw zazwyczaj podawanych w formie zupy. Pierwsze porcje Robert po prostu zwymiotował jednak wraz z nauką języka i z braku możliwości jedzenia innej strawy jego organizm przyzwyczaił się do tych posiłków.
Jako więzień wioski zaznał też nieco swobody. Mógł korzystać z latryny, która śmierdziała niemiłosiernie, mógł też przebywać wraz z innymi mieszkańcami na wieczornych biesiadach. W krótkim czasie pozwolono mu nawet zapolować na organizmy okolicznej fauny. Miejscowi używali włóczni oraz łuków. Początkowo szło mu to niezgrabnie jednak szybko pojął ową sztukę i już za dziesiątym razem udało się Podróżnikowi ustrzelić latające zwierzę. Zostało potem oskubane, wypatroszone i usmażone na ogniu. Tubylcy nawet go polubili a on odwzajemniał się im uśmiechem który wyglądał dość dziwnie na jego twarzy ale nie budził negatywnej reakcji. Minął już 60-ty dzień w jakim to Wachowski przebywał w owej wiosce. Zjednał sobie przyjaciół i choć nie mówił dość dobrze, potrafił słuchać. Myśliwi z wioski wymieniali się opowiadaniami o łowach, gestykulując dłońmi i naśladując odgłosy fauny.
On wsłuchiwał się w te odgłosy i kojarzył je ze słuchu. Jego skafander już dawno kolekcjonował kurz w chacie gdzie go przetrzymywano. Nosił krótkie spodnie i koszulkę, temperatura na powierzchni planety tez była stosunkowo ciepła.
Robert zaczął się też otwierać na rozmowy. Szybko się przekonał iż mieszkańcy wioski przezywają go "płaską twarzą". Rzeczywiście w porównaniu do podłużnych pysków tych stworzeń musiał uchodzić za "płaskiego". Zaczął także przyswajać wiedzę nie tylko o faunie ale również o florze. Rozróżniał jakie rośliny są jadalne a które trujące. ich nazwy wykręcały język naukowca na lewą stronę, ale nie poddawał się. Spędzał także czas w swojej samotni nagrywając swoje dzienniki podróżnicze na magnetofonie. Pewnego razu nawet pokazał owo urządzenie podczas biesiady co wzbudziło natychmiastową ekscytację wśród młodszych wiekiem.
Naukowiec pokazał im jak nagrywać dźwięk na owo urządzenie i jak go potem odtwarzać. Potem musiał wyjaśniać iż urządzenie to wcale nie kradnie duszy a jedynie powtarza dźwięk, tak samo jak owe latające stworzenia na które polują. Ostatecznie stanęło na tym iż Stworzenia doszły do wniosku iż magnetofon jest miejscem gdzie mieszka dobry duch który powtarza to co usłyszy, kiedy zostanie naciśnięta runa z czerwoną kropką. Wachowski śmiał się w duchu za tą przesądność tubylców jednak ani w głowie mu było dalej wyjaśniać jak wszystko działa w magnetofonie. Ostatecznie Robert nagrał za ich wiedzą tubylców biesiadujących i przekomarzających się między sobą. Pomyślne dni naukowca jednak miały się skończyć gdy pewnego dnia na horyzoncie pojawił się dym.
— To dym z pobliskiej wioski, Klan Shigu niedługo splądruje tą ziemię. -powiedział starszy tubylec gdy Podróżnik wracał z pomyślnego polowania.
— Klan Shigu? Czemu nigdy o nim nie słyszałem? — odparł Robert patrząc na niewielką smugę czarnego dymu, która unosiła się na horyzoncie i byłą łatwa do przeoczenia. Ale nie dla wprawnych oczu.
Starzec, pokręcił smutno głową.
— Nie mówiliśmy Ci z czystej ostrożności ale teraz nie ma co tego kryć. Klan Shigu podbijał i podbija okoliczne ziemie.
— A więc konflikt. — odparł Robert siląc się by dobrze wymówić ostatnią głoskę.
— Podróżniku z gwiazd, jesteś u nas wiele dni i nocy. Czy mógłbyś zaradzić jakoś temu. Twój duch w metalowym pudełku może poradzić jakąś wskazówką? Próbowałeś opowiadać nam wiele o swoim domu. O tej "Zie-mi", powiadałeś iż macie tam broń zdolną kruszyć góry…
— Nie potrafię wrócić tam skąd przybyłem. Narzędzie dzięki któremu tutaj się pojawiłem nie pamięta drogi powrotnej.
— A więc jesteś skazany na wieczną tułaczkę?
— Nie koniecznie. Myślałem o pozostaniu tutaj. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się naprawdę wolny. Kto wie może udam się do jednego z miast o których to tak opowiadacie. Ponoć są tam skrybowie, posągi i targi, podobnie jak w moim świecie.
— Wędrowcze zaakceptowaliśmy cię z czasem. Nie sądzisz iż nierozsądnie byłoby abyś wyruszał do miasta gdzie za sam swój wygląd możesz przysporzyć sobie kłopotów?
— Czym są kłopoty jak nie sposobem na przezwyciężanie przeciwności losu. Czyż nie klan Shigu jest bardziej drapieżny niżeli wy?
— Nie wiesz co mówisz Podróżniku. Klan Shigu jak wieści niosą Jest dowodzony przez kobietę, zwie się ona Rain Silves. Jest Generałem, dowódcą i władcą północnych plemion. Plotki głoszą iż nie tylko zabija ale zjada ciała swoich wrogów a dzieci połyka niemalże w całości.
— Może jeszcze ma dwa metry wzrostu i pluje ogniem.
— Nierozsądnie jest szydzić z niebezpieczeństwa. Nawet jak jest jeszcze daleko.
— Hmm…czy to kolejny wasz przesąd?
— Rozsądna uwaga. — zakończył starzec i poszedł w swoją stronę.
Parę dni później. Widmo czarnego dymu nasiliło się w postaci takiej iż było go więcej. Wszelkie stworzenia znane w wiosce w której zamieszkał Wachowski poczęły ją opuszczać pakując swój dobytek i uciekając do lasu. Nadeszła także i kolej na najstarszych z wioski. Naukowiec zabrał swój kombinezon i ubrany weń wycofał się w głusze leśną. Zatarto też wszelkie ślady stóp a latrynę zasypano. Podczas pierwszego postoju w dziwnej i niespokojnej głuszy kniej-ów wiele rozmawiano co począć dalej. Nikt nie miał jasnej strategi. Najbardziej bano się o dzieci.
Nagle Robert zobaczył jak jego oscylator żarzy się na pomarańczowy kolor. Szybko zrozumiał co się dzieje. Oscylator sam się włączył. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć obłok plazmy omiótł go. Widział przestraszone twarze tubylców nie wiedzących co się dzieje. Łzy napłynęły mu do oczu.
— Nie…— wydukał. Nie chciał się z nimi rozstawać, nie tak. Co mogło wstąpić w to urządzenie które bez jego jasnej woli samo się włączyło. Potem była już tylko ciemność. Naukowiec zdążył tylko zamknąć szklaną kopułę swojego kombinezonu. Ogarnął go mrok. A potem jasność.
Nie wiedział co się dzieje, powoli przez szybę zaczął docierać do niego obraz. W pewnym momencie zorientował się iż stoi w oszklonej komorze wokół, której panują wyładowania elektryczne. Pioruny i iskry ustąpiły miejsca ludzkim twarzom uradowanych naukowców których Robert osobiście nie znał. Dostrzegł jednak twarz uradowanego Poula.
— Udało nam się! Udało nam się sprowadzić naszego naukowca!!!
Do komory wpadł tłum ludzi którzy wynieśli go na rękach. W końcu gdy uratowany został postawiony na nogi Poul uściskał go.
— Dwa lata zajęło mi zbudowanie przekaźnika który sprowadziłby cię do nas. Z pańskimi dokumentami to nie było jednak aż tak trudne.
— Poul….
— Tak?
— Ja muszę wrócić, wrócić do nich…
— Gdzie chce pan wracać…jest pan w domu. Przełomowym było odkrycie iż wymiary przez, które pan się przedostawał są w ciągłym ruchu. Pański rewolucyjny wynalazek przyniósł panu sławę.
Teraz każdy chce skakać między wymiarami. Co Pan na to?
— Ty głupcze!!! — wykrzyknął Robert wymierzając mu prawego sierpowego — Bądź przeklęty po stokroć. JA muszę tam wrócić. Wrócić i ich uratować.
— Kogo?
— Moich przyjaciół…
Tutaj Robert Wachowski kompletnie zmiękł i padł na kolana. Wiedział iż powrót na planetę Tal mógł być już niemożliwy. Miedzy wymiarami panuje nieustanny ruch. Kolejne wysłanie go mogłoby przenieść go zupełnie gdzieś indziej.
— Jak tu mnie sprowadziliście!? Jak!? — powiedział Robert a łzy popłynęły mu z oczu.
— Dzięki mojemu algorytmowi. I temu że podróżując między wymiarami zostawiał pan coś w postaci pęknięcia. Koledzy nazywają to wyrwami.
— Czy zapisał pan jakiekolwiek koordynaty miejsca w którym byłem?
— Nie.
— A więc wszystko stracone. Wszystko K*RWA stracone przez ciebie ty lekkomyślny debilu! Ty… ty…
— Doktorze…Teraz jestem doktorem i prowadzę badania nad podróżami między-wymiarowymi. Z Pańską pomocą być może uda nam się odnaleźć niepowtarzalne światy. Niech pan pomyśli ile dobrego będziemy mogli zdziałać.
— Nic nie rozumiesz. — powiedział zrozpaczony Naukowiec — Jest już za późno by odczynić to co narobiłeś.
Po tych słowach naukowiec został przesłuchany, rozmowy nagrane. Jego umysł popadł w katatonię tak iż wylądował w zakładzie dla umysłowo chorych. Rehabilitacja nie trwała długo. Robert Wachowski wyszedł po miesiącu zdiagnozowany jedynie z nerwicą. Świat jednak nie był już taki sam jak kiedyś. Wydawał się bardziej szary i paskudny niżeli przed wyprawą. Podróżnik tęsknił za poznanymi światami w których przebywał. Poul jednak nie poddawał się i poprosił go o pomoc w usystematyzowaniu mapy między-wymiarowej. Długie miesiące zajęło im przetwarzanie danych i symulacja przestrzenna tego galimatiasu.
Wachowski ponownie popadł w katatonię i może podciąłby sobie żyły w gorącej kąpieli, gdyby nie telefon od swojego współpracownika Poula. Pojawił się pewien przełom. Szansa na określenie koordynatów miejsca z którego zabrano go. Naukowiec nie czekając długo wypadł z domu i pojechał swoim maluchem na złamanie karku do placówki badawczej. Miał nowy cel w życiu. Uratować "ich", dopilnować by byli bezpieczni.
