Spójrz na horyzont, oto ogień olimpijski,
Jego blask chwalebny, naszym murom coraz bardziej bliski.
Z każdą sekundą zbliża się pochodnia,
A za nią podąża pieśń pełna chwały, radosna antologia.
Cóż to jednak za ton przedziwny,
Jakby cierpienia i pożogi krzyk niósł wiatr niewinny?
Tam wśród gąszczy krzaków oliwnych?
Gdzie nie biegnie trasa atletów wytrzymałych i zwinnych?
O bogowie, miejcie zlitowanie!
Blask się rozlewa z żarem, pożerając miasto całopalnie!
Pochłania ciała z cegły i ducha!
Któż zawinił, by spłynęła na nas kara płomiennego ducha!
Jakby odpowiedź, w oddali słychać huk,
Gdzie metalowe skrzydła rozpoczęły ciągły okrężny ruch.
Wznosząc się nad czerwone, ogniste morze,
Wóź wodza w odwrocie, durnia, idioty, bezczeszczącego co boże.
W dłoni jego starej zsiniałej ściśnięty,
Wygiętej pochodni świętej stelaż bezczelnie jest twardo objęty.
I tylko w śmierci swej wam nie powiem,
Czy twarz jego żar odbiła, czy farbę nakładał wałka głowiem.
