Rytuały mięsa
ocena: +2+x

Sztuka rytuałów mięsa to brutalna i odrzucana przez wielu sztuka. Jakoż, że implikacje przywań horrendalnych bytów i idei potrafi zmrozić krew nawet u potężnych okultystów. Oczywiście "zmrozić krew" jest tutaj idiomem, jako że sam proces zamrażania tkanek nie jest możliwy po odpowiednich modyfikacjach ciała, czego doświadczyła większość ekspertów, niezależnie od własnych chęci.

Najważniejszymi elementami w prowadzeniu rytuału mięsa są użyte do przyzwania narzędzia, jak i samo naczynie w do którego byt zostanie przyzwany. To pierwsze naturalnie określa naturę rytuału, gdyż to preferowana metoda porwania odpowiedniej istoty jest najważniejszą częścią procesu.

Jedną z możliwości zakłada odpowiednio dobrany proces taumaturgiczny, chociażby na podstawie siarki lub części istot zdolnych do podróży pozapłaszczyznowej. Mimo to osobiście nie polecam użycia tej metody, jako że odpowiedni krąg wymaga użycia geometrii absurdalnej, a twórca bez wykonania uprzedniej modyfikacji systemu percepcji może niezwykle łatwo wykonać błędy podczas konstrukcji. Natomiast użycie niepoprawnego kręgu w tym rytuale, nawet gdy błąd sięga ledwie jednej linii, potrafi mieć horrendalne konsekwencje. Można tutaj chociażby zasięgnąć anegdotę okultysty Alberta Sammerheit, działającego około 400 lat temu, który był głównym proponentem taumaturgii rytualnej swego okresu. Chcąc udowodnić supremację swojej metodologii, zastosował ją w rytualne przyzwania, uwolniając na swą płaszczyznę pożeracza umysłów, który skonsumował samego Sammerheita i okoliczne miasta, i najpewniej grasuje na tamtejszym terytorium do teraz.

Drugą, o wiele bardziej stabilną metodą, jest wykorzystanie żywej ofiary w celu zachęcenia odpowiedniego bytu do przybycia. Sposób taki, choć prawie niespotykany we współczesnej erze, był często używany przez wiele prymitywnych grup i cywilizacji z wystarczającym poziomem sukcesu. Metodologia ofiar jako swój największy atut ma bezpieczeństwo, gdyż prowadzenie przywań w ten sposób gwarantuje, że byty nie mają wielkiej nieprzewidywalności poprzedniej metody, a istoty szczególnie wybitne przybędą tylko do odpowiednich ofiar, nie ryzykując chociażby niecelowego spotkania gorgony czy arcebesta. Wadą rozwiązania jest natomiast brak kontroli nad specyfikacją przywoływanej istoty, często skutkując nieudanym rytuałem. Należy też pamiętać o tym, że nie jest ważna jedynie ilość ofiar, ale i typ, gdyż wiele bytów posiada specyficzne preferencje, które trzeba wypełnić przy wybieraniu istot do rytuału.

Metodą trzecią, z którą znalazłem najwięcej sukcesu, jest przebudowa struktury rzeczywistości w celu stworzenia sieci mającej złapać chciany byt. Choć zdecydowanie najbardziej kosztowne i pracochłonne, to posiada jednocześnie bezpieczeństwo brakujące metodzie pierwszej, jak i precyzję brakującą drugiej. Najłsławietniej użwane było to w starożytnej Anglii, formułując odpowiednią strukturę przy użyciu kręgu kamieni. Choć budowla ta została zniszczona przez lata i wytraciła swe zdolności, przedstawia prostą, lecz skuteczną metodologię przeprowadzania rytuału tego rodzaju. Poprzez zakrzywienie przestrzeni używając odpowiednich materiałów, można utworzyć metaforyczny przestrzenny dół, który ulokuje odpowiednią istotę.

Drugim kluczowym elementem całego procesu jest wykorzystanie odpowiedniego naczynia dla bytu. Forma cielesna, którą byt przybierze, jest kluczowa do jego wykorzystania i stanu, a dewiacje bywają niezwykle potworne. Co odkryje dowolny eksperymentator w pierwszych dniach swych badań, zakładając, że je przeżyje, jest wpływ wynikający z wykorzystania różnych typów mięsa na finalny rezultat. Z moich doświadczeń najstabilniejsze rezultaty przybyły z istot kopytnych, jak chociażby konie, biesy czy dwurożce, albo zwierząt ptakopodobnych, szczególnie tych większych gabarytów — takich również zalecam wykorzystywać zamiast mniejszych odpowiedników, które mają nieprzyjemny nawyk przechodzenia przez szczeliny przestrzeni wiążących. Podczas jednego z mych wczesnych eksperymentów z użyciem kolibra, wykorzystał on niestabilność kręgu wiążącego i zagnieździł się w ciele jednego z nieszczęśników, który akurat przebywał w okolicy.

Ważnym elementem jest również to, by utrzymać stosowane mięso w wysokiej świeżości, gdyż zagnieżdżenie się w ciele zbyt dużej ilości mikroorganizmów i insektów potrafi mieć nieprzewidywalne konsekwencje. Mój pierwszy rytuał mięsa, jaki wykonałem w latach mej adolescencji, osiągnął powierzchowny sukces. Udało mi się zdobyć niezwykle starożytne księgi, wykopane ze zniszczonego laboratorium. Zostałem potem wygnany za to ze wsi, którą wtedy okupywałem, jakoż że po określeniu do mieszkańców mojego wielkiego osiągnięcia, uznali mnie za okradzacza zwłok — sentyment, który nigdy nie zrozumiem, jakoż przecież martwi nie mają żadnego wykorzystania dla dóbr materialnych, niezależnie od przesądów ludu prostego. Opuszczając wieś, udało mi się w ów księgach odnaleźć rząd kręgów taumaturgicznych, służących do przywołania bytów z wyższych sfer. W nieograniczonym podążaniu za wiedzą, jeszcze tej samej nocy wykopałem ciało z lokalnego cmentarza i rozpocząłem przygotowania do rytuału. Do teraz pamiętam zapach zgnilizny otaczający mnie podczas tworzenia coraz to bardziej złożonych formacji geometrycznych na oczyszczonym ogniem polu.

Istota, którą przywołałem, ku mej początkowej euforii, okazała się pomniejszym bóstwem, pochodzącym z wyższej sfery. Lecz, mimo mych największych pragnień, okazała się niezwykle prymitywna i bydlęca. Abominacja ta przejęła otrzymane ludzkie ciało, lecz jej natura była jak bestii, wiecznie pogrążonej w rosnącym głodzie i chuci. Za to ów ciało z mijającymi dniami coraz bardziej odzwierciedlało jej naturę, odchodząc od ludzkiej postaci, przyjmując za to formę gnijącej formacji mięsa i kości. Potrzebowała do tego niezwykłych ilości surowców, by zaspokoić jej potrzeby, jadłowe jak i cielesne, to z początku był to pomniejszy problem — wieś, z której zostałem wygnany posiadała oba.

Po kilku tygodniach eksperymentu zdecydowałem się nareszcie zakończyć żywot tej istoty, lecz nawet najpotężniejsze eliksiry i narzędzia nie mogły wykonać trwałych obrażeń na bestii. Mimo że ta słuchała się mych nakazów, przynajmniej tych, które umiała pojąć, niczym wierny pies, to nie posiadała żadnych zysków innych niż czysto naukowe. Same koszta wymagane, by utrzymać ją nasyconą wykraczały poza moje możliwości, a ta bez otrzymania odpowiedniej ilości surowców stawała się nawet bardziej brutalna i agresywna niż zwykle. Nie mogąc rozwiązać sytuacji, opuściłem wieś po uprzednim nakarmieniu abominacji wszelkimi pozostałymi surowcami, w nadziei, że będę wystarczająco daleko, gdy ta poszerzy swoje terytorium.

Jako finalną przestrogę dla tych, którzy pragną podjąć się okultyzmu — posiadacie kontrolę tylko nad tym co potraficie zniszczyć.



Rozdział 3: "Rytuały mięsa", pochodzący z pierwszego tomu "Złotej księgi okultyzmu" autorstwa Williama Noe.
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License