Sklep z herbatą
ocena: +12+x

Niniejszy tekst jest własnością intelektualną autora. W celu jego wykorzystania należy się z nim skontaktować.

Arkadiusz Kormorańczyk

SKLEP Z HERBATĄ

Osoby:

Pan Boligłowa — klient sklepu

Właściciel sklepu


AKT I

Scena I

Sklep herbaciany. Długa lada, za nią jedno krzesło; półki, obrazy i rośliny doniczkowe. Właściciel stoi za ladą. Pan Boligłowa wchodzi do środka z dymiącym dzbanem i filiżanką.

Pan Boligłowa: Dzień dobry, chciałbym zgłosić reklamację.

(Właściciel nie zwraca uwagi na klienta, przyglądając się cytrynie leżącej na ladzie.)

Pan Boligłowa: Halo! Młodzieńcze!

Właściciel: "Młodzieńcze"?

Pan Boligłowa: Och, przepraszam, zwidy mam. Chciałbym zgłosić reklamację!

Właściciel: Może najpierw chciałby pan zobaczyć nasz najnowszy towar? Prościutko z Chin!

Pan Boligłowa: Nie, nie, wolałbym nie. Chodzi mi o tę herbatę, którą u państwa kupiliśmy z żoną dwa dni temu.

Właściciel: Ach, tak, nasza specjalność! Herbata z wenusjańskich ziół zmieniająca barwę na niebieską po dodaniu łyżeczki cukru… To, eee… Co się z nią stało?

Pan Boligłowa: Cóż, moja żona została przez tę herbatę pożarta po tym, jak dolała do niej soku z cytryny.

(Właściciel przez chwilę spogląda w stronę półki za klientem z wyraźnym niepokojem. Chwilę po tym uśmiecha się serdecznie do pana Boligłowy.)

Właściciel: Yyy… Prawda, że ta herbata jest niesamowita? (pauza) Mogę panu zaoferować zniżkę na nasze inne towary!

Pan Boligłowa: Dobry panie, potrafię ocenić herbatę, a ta z pewnością nie jest niesamowita! Ona pożarła moją żonę!

Właściciel: Ależ jest! To prawdziwy rarytas warty każdego grosza! Eee… Poza tym ta herbatka jest przecież niegroźna!

Pan Boligłowa: Tak? Niegroźna? Proszę mi podać tę cytrynę.

Właściciel: Yyy… Nie! Ona jest… Sztuczna! Z plastiku!

(Właściciel rzuca cytryną za siebie, a ta z cichym plaskiem ląduje na podłodze.)

Pan Boligłowa: Czemu ze sztucznej cytryny wypływa sok?

Właściciel: (Histerycznym tonem) Żaden sok nie wypływa!

(Właściciel przesuwa bokiem buta pozostałości cytryny w stronę wnętrza lady, gdzie klient nie miałby szans dostrzec kwaśnego owocu.)

Pan Boligłowa: Ech, no dobra! Jednak to nie zmienia faktu, że pana produkt pożarł moją żonę i chcę zwrotu pieniędzy za te szkody!

Właściciel: Ależ szanowny panie! Ta herbata zasługuje na uznanie i szacunek! Nie widzi pan, jak ona pięknie się mieni w tym dzbanku? Przecież takie coś trafia się raz na milion lat!

Pan Boligłowa: UZNANIE!? SZACUNEK?!! Proszę pana, kiedy tutaj szedłem, to po drodze ta herbata zjadła jakiegoś niemowlaka i ciężko poraniła psa policyjnego. Jej kolor niczego nie zmienia, ta herbata jest zła, a ja domagam się zwrotu pieniędzy!

Właściciel: Eee… A może bym tak… Wymienił panu to na coś lepszego?

(Właściciel nerwowo się odwraca w stronę półki stojącej za nim.)

Pan Boligłowa: (pauza) No dobrze… Co pan ma?

Właściciel: No niestety został mi tylko jeden rodzaj… (Wciąż patrzy się na półkę za swoimi plecami, a po czole spływa mu kropla potu.) Mamy tylko Brazylijską herbatę ognistą.

Pan Boligłowa: Też zmienia kolory?

Właściciel: Nie…

(Właściciel zmusza się, by odwrócić się w stronę klienta i robi szeroki uśmiech.)

Pan Boligłowa: Nie wiem, co pan o tym sądzi, ale jak dla mnie to nie jest wymiana na coś lepszego.

Właściciel: Cóż… Mógłby pan poczekać do jutra na dostawę towaru… Tylko że mnie jutro tutaj nie będzie, tylko jeden z moich pracowników.

(Właściciel wyjmuje z kieszeni chustkę, którą następnie zaczyna wycierać swoje czoło.)

Pan Boligłowa: (Odwraca wzrok w stronę widowni.) Że też ktoś taki ma kogoś pod sobą… No dobrze, do widzenia w takim razie!

Właściciel: Dobrego dnia!

(Pan Boligłowa odwraca się na pięcie, po czym wychodzi ze sklepu, wciąż dzierżąc filiżankę i dzbanek na herbatę. Właściciel mu macha ręką na pożegnanie.)

Scena II

Ten sam sklep następnego dnia. Właściciel z peruką na głowie i monoklem stoi na dokładnie tym samym miejscu. Pan Boligłowa wchodzi do środka już bez filiżanki i dzbanka.

Pan Boligłowa: Dzień dobry. Pan jest jednym z pracowników tego jegomościa, z którym rozmawiałem wczoraj, tak?

Właściciel: (Nieudolnie stara się ciągle poprawić swoją perukę, przez co ta coraz bardziej się ześlizguje z głowy Właściciela.) Yyy… Tak! Zatrudniono mnie tu kilka dni temu!

Pan Boligłowa: Mam rozumieć, że pan wie, czemu ja tu w ogóle przychodzę, tak?

Właściciel: Ależ oczywiście! Tylko jest pewien… Malutki problemik…

(Pan Boligłowa spogląda wymownie w górę, po czym wraca wzrokiem na Właściciela.)

Pan Boligłowa: Jaki "problemik"?

Właściciel: Okazało się, że mój zacny szef przypadkowo rozlał sok z cytryny na karton z herbatą, którą pan od nas odkupił dwa dni temu…

Pan Boligłowa: (Wyraźnie poirytowany) No i co dalej?

Właściciel: No… W wyniku tego błędu, który oczywiście mógłby się przydarzyć każdemu, prawie cały nasz towar został zniszczony, a dostawca został pożarty…

Pan Boligłowa: (Wali pięścią w ladę kilka razy.) A co zostało?!

Właściciel: No… Został tylko jeden kartonik z Herbatą wenusjańską… Wie pan, tą, co zmienia kolor na niebieski po dodaniu cukru!

Pan Boligłowa: Czyli ze wszystkiego, co mogliby państwo oferować, został jedynie produkt, który zabił moją żonę i jakieś losowe dziecko?

Właściciel: Tak.

Pan Boligłowa: Czyli wszystkie pozostałe herbaty zostały doszczętnie zniszczone przez niekompetencję pana szefa?

Właściciel: (Z lekkim zażenowaniem) Tak.

Pan Boligłowa: Czyli na dobrą sprawę nie jest pan w stanie dać mi czegokolwiek innego, a także po prostu oddać mi moich pieniędzy?

Właściciel: Tak.

Pan Boligłowa: Czyli wychodziłoby na to, że pana szef nie jest w stanie pokryć kosztów mojej reklamacji i normalnie nie byłby nawet w stanie zatrudnić jakiegokolwiek pracownika, tak?

Właściciel: Tak.

(Peruka ześlizguje się z głowy Właściciela, po czym spada na podłogę.)

Pan Boligłowa: Proszę pana, może mi pan to wyjaśnić?

(Właściciel zawstydzony wyjmuje monokl z oka, który następnie kładzie na ladzie.)

Właściciel: Tak… Cóż, wychodzi na to, że sprzedałem panu herbatę, która zabiła pańską żonę i parę innych osób, oszukałem pana, a teraz marnuję pański czas.

Pan Boligłowa: (Spokojnym tonem) Mam ochotę pana zastrzelić i niechybnie za chwilę to zrobię.

Właściciel: (Z lekkim uśmiechem na twarzy) Och, jak najbardziej jest to zrozumiałe, proszę pana!

(Pan Boligłowa wyjmuje z wewnętrznej kieszeni płaszcza rewolwer, ładuje broń, a następnie strzela do Właściciela.)

Pan Boligłowa: W sumie to chyba wolałbym herbatę, która zmienia kolor na fioletowy.

Właściciel: (Na chwilę powstaje z raną postrzałową.) Możliwe, że pan ją znajdzie w magazynie obok śmietników! (Właściciel po powiedzeniu tego zdania wraca do bycia martwym.)

Pan Boligłowa: Och, dziękuję.

(Klient wychodzi ze sklepu.)

Koniec.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License