Ślad Słowa
ocena: +4+x

Nastała druga Pora Słońca. Stos sięgał już do połowy murów. Skała jako miasto-państwo rozciągała się dalej: gdy główny strażnik wspinał się na rusztowanie wokół stosu, mógł dojrzeć wieże głównych dzielnic i pola oddzielające wiejskie aery, jak je tu nazywano. Naprawdę chciał już wrócić do domu. Syn zajął się zbiorami to jasne, ale brakowało mu spokoju, oddechu wiatru spomiędzy drzew w sadzie, ulubionej pary kruków, które otrzymał w podzięce za wierną służbę od Władcy.
— Już niedługo — pomyślał, wysypując na stos zawartość aksamitnego worka przewiązanego bisiorowym sznurem — to już ostatnie grupy, czas się kończy…
Deseczki pokryte napisami rozsypały się na górze podobnych deseczek. Jasne, ciemne drewno, z sękami, nierówne lub wyszlifowane. Układane już drugi rok, chronione przed robactwem, pleśnią i wilgocią, tworzyły obecnie gigantyczną konstrukcję. Wskazywała ona kolejnym przybywającym kierunek.
— Ku bramie! — słychać było pokrzykiwania. — Ku bramie!
Strażnik potoczył wzrokiem po gromadzie ludzkiej. Nie rozumiał ich języka, ale te dwa słowa już potrafił przetłumaczyć. Widział zmęczone rodziny i grupy skupione wokół Głównych. Prowadzili oni wsie równym krokiem. Strażnik znał szlak — przez Las, ku obozowiskom, "kubramie" — w jego głowie brzmiało to jak jedno słowo.
Za parę dni miał podpalić budowaną wspólnie konstrukcję. Po spłonięciu do ostatniej drzazgi, Władca otworzy bramę dla wszystkich i do świtu wszyscy będą przechodzić do Skały, wypełniać ją swoją obecnością. Ale nie językiem. Strażnik znał swoje zadania. Wiedział, że wśród rodzin i rolników, rzemieślników i śpiewaków (co za naród!), byli wśród nich i Mnemonsi: z niesamowitą łatwością zapamiętywali długie teksty, gotowi wyrecytować je bezbłędnie nawet po dłuższej przerwie. Ich tropiono ze szczególnie uprzejmą zajadłością, więc starali się nie wyróżniać strojem czy wspólną odznaką. Fassowe oddziały językowe mogły rozpoznać Mnemonsa jedynie po skupionym do granic możliwości spojrzeniu, gałkach ocznych wpatrzonych w jeden punkt, podczas gdy słowa wewnątrz umysłu przesuwały rolki z kolejnymi wersami:

Szlakiem dawnym podążali bardowie…
Nie zapomnij lasu, nie zapomnij nieba…
Chodź! O Ty, co przez mgliste…

Mnemonsi rekrutowali się głównie z akademików i bibliotekarzy Osuwiska. Starali wtapiać się w tłum, chodzili ze spuszczonymi głowami, często okrywali się haftowanymi zielenią od wewnątrz szalami, spokojnym krokiem przekraczali bramę Skały. Mówiono, że po złapaniu i demaskacji mieli obcinane języki. Strażnik miał ich wypatrywać wśród tłumów.
— Zagrażają Skale — usłyszał od dowódcy. — Nie chcą być nami.

***

— Obcinanie języków? To plotki, Fassowie nie są okrutni, po prostu będą ich przekonywać, że nie ma sensu tracić energii na trenowanie pamięci w przepadłej sprawie — stanowczo rzekł Wertian, gdy opowieści o stosach gnijących mnemonsowych języków i obłędzie ich właścicieli zaczęły być powszechne.
"Przepadła sprawa" — tak brzmiała oficjalna narracja kierowana ku nim, tym z Osuwiska, od nich — tych ze Skały.
— Nie dawajcie nadziei przepadłej sprawie — głosili fassowscy heroldzi, po kilka razy dziennie objeżdżając konno obozowiska pod murami, a także ulice Skały. — Ofiarowujemy wam schronienie i nowe życie na Skale, bądźcie z nami, bądźcie nami. Nasze myśli waszymi myślami, nasz język waszym językiem.
Siedzieli w obszernym szałasie, na szczęście bliżej bramy. Oto mijał rok ich egzystencji w tym miejscu. Ci, którzy dopiero nadciągali, dostawali już tylko kilka gałęzi i parę płachetków szmat lub skór oraz lokum na dwudziestym lub nawet trzydziestym Półkolu. Półkola zaczęto wyznaczać, gdy Władca Fassów oficjalnie ogłosił, że przyjmie wszystkich z Osuwiska. Pod pewnymi warunkami, ale z otwartymi drzwiami i sercami, mieszkańcy Skały uratują sąsiadów. To było ponad dwie Pory Słońca temu i początkowo niewielu ruszyło ku wielkodusznym bogatym mieszkańcom krainy za Lasem. Nadal część domów rodzinnych stała przecież niewzruszona, część dróg odbudowano, podobno głowiono się w najlepszym gronie wewnątrz Rady, jak powstrzymać krnąbrne i niszczycielskie zapędy ziemi. Śpiewając pieśni i układając z plecionych liści i kwiatów słowa smutku oraz wdzięczności za wspólne chwile, pożegnano zmarłych. Ci, którzy Pierwszej Nocy osunęli się w przepaść błota i krzyku, już nie wrócą.
— Ale my będziemy żyć — powtórzył po raz setny Wartian, wyglądając przed szałas. — Tylko pamiętajcie…
— …Nasz język ich językiem, ich myśli naszymi myślami — dokończył lekko gniewnym głosem Juka. — Nie musisz ciągle tego powtarzać, dziadku.
To między innymi rodzice Juki i jego mała siostra, Do, zginęli Pierwszej Nocy. Juka z Wertianem byli wtedy w podróży do Hajna Budowniczego. Zamówione instrumenty czekały na drugim końcu Błękitnych Wzgórz, jak dawniej nazywała się ich ojczyzna. "Dawniej", czyli zanim Fassowie wprowadzili nazwę bardziej odpowiednią dla ,,przepadłej sprawy”: Osuwisko.
Tamtej nocy Hajno otwierał przed nimi drzwi, gdy dotarli po zmroku po świeżo wyżłobione trejmy.
— Zanocujecie tutaj — poprowadził ich do środka chaty, będącej jednym wielkim warsztatem mistrza. U Hajnego zamawiali bębny, trejmy i qrentle najlepsi muzycy z Błękitnych Wzgórz. Wiadomo było, że także dwór w Skale korzystał z jego usług, gdy budowano na szczycie twierdzy Wielki Róg.
Nie zdążyli zjeść kolacji, gdy całą okolicą wstrząsnął huk, a obudzone ptaki zaczęły krążyć w ciemnościach z krzykiem. Wartian, który znał się z Hajno od dziecka, spojrzał uważnie na przyjaciela, a potem uspokojająco zwrócił się do wnuka:
— To pewnie u Fassów, granica niedaleko.
Juka, wtedy 15-letni, przyjął wyjaśnienie ze zrozumieniem: mania rozbudowy Fassów była znana, stanowiła także przedmiot żartów w domach i w akademii. Ileż to parodii wokół tego wątku napisali wspólnie na dodatkowych zajęciach, przy iluż scenkach płakali ze śmiechu - tak uczniowie, jak i nauczyciele!

Chodź, Fassanko, do mej chaty,
Nie mam skały, niebogatym,
Ale przy mnie mnie cisza będzie,
Nuta, słowo - me narzędzie!

Tę kwestię wygłaszał Juka, wcielając się w uwodziciela steranej wiecznymi remontami swoich ziomków, urodziwej mieszkanki Skały. Fassankę grał Mirio. Owinięty bezładną plątaniną aksamitnych i jedwabnych szat, kiwał się przesadnie na wysokich butach o miedzianych noskach, jakie nosiły bogate córki sąsiedniej krainy.
Mirio także zginął Pierwszej Nocy. Juka odkrył to, gdy następnego dnia w południe dotarli do swojej wsi. Już z daleka widzieli niepokojące oznaki: choć było to święto, pierwszy dzień Pory Wzrostu, dekoracje do bram i figury do ustawienia na polach leżały porzucone w złoto-czerwonej trawie. Juka i Wertian nie widzieli stołów ze świątecznym pieczywem w kształcie ptaszków i siedmiopłatkowych kwiatów, nie widać też było białych chust z wyhaftowanymi na zielono słowami Niech się dzieje Wzrost! Przede wszystkim zaś zamiast śpiewu i muzyki, słychać było przeciągły płacz wymieszany z okrzykami.
— To ból. To ból tak krzyczy — powiedział Wertian i puścił się biegiem w kierunku najbliższych domostw.
Podobno pierwszy osunął się domek kowala: zapadł się pod ziemię jak zabawka, którą Juka bawił się jako dziecko. Ale w przeciwieństwie do drewnianego mini-domku, ten nie wyskoczył z powrotem po naciśnięciu przekładki. Kowal, jego żona i syn Mirio, zostali pochłonięci bez jednego krzyku. Następny był stojący obok Wielki Dom Zgromadzeń — bez ludzi, ale z biblioteką: ten zapadł się po dach. Księgi i zwoje składowane na poddaszu pływały w błocie i kamieniach. I ten widok zastali Wertian z Juką, gdy dobiegli na miejsce: dziwne dziury w krajobrazie, a obok — jedni płaczący, rozpaczający po stracie bliskich, inni wygrzebujący z błota przemoczone karty podań, okładki o wygiętych od impetu rogach, z ocalałymi wnętrznościami ułomnych teraz pieśni, historii, zaleceń przodków.
— Nie ma Błękitnego Drzewa, nie ma Błękitnego Drzewa — powtarzał dziwnie cicho i beznamiętnie Fier. Całe życie poświęcił pilnowaniu rękopisu głównego eposu, zlecał kopie, ale i one przepadły: trzymane wraz z oryginałem w skrzyni ustawionej w dolnej sali Domu.
Juka oderwał oszołomiony wzrok od bibliotekarza i potrząsnął ręką dziadka.
— Do? Rodzice?
Spojrzeli w lewo, gdzie jeszcze wczoraj szła wśród pozimowej zieleni wysypana białym żwirem droga. W krótkim przebłysku, Juka ujrzał siebie jak uczy Do chodzić po ścieżce, trzymając jej małe rączki na drewnianej lasce z drobnymi trzymadełkami utoczonej przez ojca.
— Dloga nie, po tlawie! – wołała rozzłoszczona, gdy kamyki raniły jej kolana.
Widok urywał się nagle, jakby ktoś zerwał dekorację w wybuchu jakiejś artystycznej złości. Domu nie było. Tu szła granica Osuwiska. Przez chwilę rozglądali się, mając nadzieję, że rodzina pojawi się nagle – ubłocona, wystraszona, ale żywa.
— Tak mi przykro, Juka… Wertian, to była noc — usłyszeli obok. Fier otoczył ich ramionami i zaczął szlochać, opłakując manuskrypty i tych, którzy je tworzyli, czytali.
Choć natychmiast zaczęły podnosić się głosy, że tragedia jest wynikiem nieustannej budowy w krainie Fassów, to większość wiedziała, co jest prawdziwą przyczyną.
— Kopalnie, te głupie kopalnie… — mruczał do siebie z przygnębieniem lub złością Wertian, gdy siedział w szałasie pod bramą, zdany na łaskę i niełaskę Fassów. — Mówiliśmy, że narodzi się z tego smutek.
— Dlaczego więc nic z tym nie zrobiliście? — rzucał wtedy ze złością Juka i wychodził w noc, szwendać się po obozowisku.
Ostatnio coraz częściej tak spędzał wieczory, a nawet noce. Dokwaterowano im dwójkę dzieciaków – brata i siostrę, młodszych od Juki. Ich rodzice zmarli na Półkolu dwudziestym, a ponieważ nieletni nie mogli według skomplikowanego regulaminu sami egzystować na Półkolach powyżej dwunastego, przesiedlono ich do tych z pierwszej dziesiątki. Wertian w głębi ducha przypuszczał, że rodzice tej dwójki sami odebrali sobie życie: chodziła plotka, że wiele matek i wielu ojców z dalszych Półkol popełniało samobójstwa, by ich dzieci miały większe szanse przejścia przez bramę dzięki przesiedleniu.
Ohta i Rejm głównie siedzieli przed szałasem i uczyli się nawzajem języka fass. Wartian przyłączał się, zapraszał też okoliczne dzieci i rozkręcał tę ,,szkółkę zapomnienia” — jak ironicznie określał to Juka — zadowolony, że ma zajęcie.
— Powinieneś wkuwać z nimi Błękitne Drzewo, a nie biografie fassowskich kupców — powiedział do dziadka któregoś dnia. W jego głosie nie było tym razem złości, tylko smutne napomnienie.
Wartian spojrzał, zaskoczony dorosłym brzmieniem głosu wnuka.
— Cii… Przecież wiesz, że nie możemy się narażać. Nie mogę ICH narażać — wskazał na sieroty.
— Co im zostanie, jak wejdą za bramę? Kim będą, dziadku, kim będą? — szepnął Juka i ukrywając łzy, wyszedł.
Biegał codziennie na koniec trzydziestego Półkola. Żeby się zmęczyć, żeby nie myśleć, żeby się czymś zająć. On i Wartian dołączyli do drugiej fali, która zdecydowała się porzucić Osuwisko i przenieść do Skały. W tym czasie, Fassowie wprowadzili już regulacje: nie wpuszczali od razu za bramę. To udało się tylko pierwszej fali mieszkańców Błękitnych Wzgórz. Na miejscu uchodźcy dostawali szal z bisioru, dzieciom wręczano cukrowe kwiaty i uroczyście prowadzono do domów, które mieli dzielić z mieszkańcami Skały. Niektóre duże rodziny dostawały nawet osobne domy. Każdy miał wskazane zajęcie, z którego mógł się utrzymać.
Opowieści o tym dobrobycie dotarły do Osuwiska, które pogrążało się w kolejnych stratach, rozpadzie, beznadziei. Kopalnie trameldytu, wokół których dawno temu zbudowano osady, a następnie – gdy społeczność się rozrosła – na grzbietach tych to kopalni dobudowywano dziesiątkami lat kolejne wsie… To one, eksploatowane i nie zabezpieczone, zabiły teraz przyszłość tej część Krain.
Władca Fassów, po zapoznaniu się z opiniami o skali katastrofy, ogłosił, że po drugiej Porze Słońca wpuści ostatnią fale uciekinierów, a potem zamknie bramy. Skałę trzeba będzie rozbudować w górę, a okolicę zabezpieczyć. Nie będzie tam już miejsca na Półkola i niesienie pomocy.
Druga Pora Słońca zbliżała się nieuchronnie, co zmotywowało resztki mieszańców Wzgórz do spakowania dobytku i przemierzania Lasu w kierunku Skały. Pozostali nieliczni.
— Jeśli mają mi zabrać język, to niech osunę się pod ziemię — powiedział stanowczo Hejno, gdy przyszli z Wartianem namawiać go do wspólnej podróży. — Z moim lasem, i z moimi instrumentami odejdę spokojnie.
— "Zabrać język"? Co masz na myśli, Hejno? — Juka wodził wzrokiem po piórkach wiórów, które walały się po podłodze, machinalnie wziął do ręki smyczek od niedokończonego trejmla.
— Juka, chłopcze — Hejno schował twarz w dłoniach — oni zabraniają używać naszego języka. Palą nasze księgi. Duszą śpiew.
Chłopak spojrzał niepewnie na dziadka. To prawda, oprócz opowieści o bisiorach i cukrze, coraz częściej słyszano też historie o nowych rozporządzeniach Fassów dotyczących "jedności wspólnoty".
— Podobno już nasze rodziny nie mogą mieszkać razem. Są mieszane z lokalnymi i mówi się do nich tylko w języku fass — przyznawał niechętnie Wartian, gdy tego samego dnia pakowali się na poddaszu jednego z ocalałych domów. — Mówi się, że matce, która śpiewała kołysanki w naszym języku, odebrano dziecko. No i ta akcja z deseczkami…
Deseczki. Najpierw Fassowie uprzejmie ogłosili, że konfiskują papier, narzędzia do pisania, zwoje skór pod księgi, wyciągi z roślin, okucia. Książki nie były dozwolone w ekwipunku. To samo tyczyło się instrumentów.
— Mamy bogate biblioteki i instrumentatoria w Krainie Fass — głosili heroldzi. — Nie potrzebujecie swoich. Nasze myśli waszymi, nasz język waszym językiem.
Już za granicą Lasu czekali strażnicy i uprzejmie nakazywali oddanie zakazanych akcesoriów. Następnie wręczali każdemu deseczkę.
— Mając na uwadze trudną sytuację, ale w trosce o jedność przyszłej wspólnoty, poleca się mieszkańcom Osuwiska… — grzmieli heroldzi, a strażnicy mamrotali ów tekst za każdym razem, gdy kolejna grupka wynurzała się z Lasu.
— … wypisać na deseczce słowo z waszego języka, fragment utworu, pieśni, podania… — terkotał tłumacz, gdy Juka zdumiony trzymał w ręce kawałek drewna. Właśnie przeszli przez granicę: zamiast szat i uczty, doczekali się konfiskaty instrumentów i kopii Błękitnego Drzewa, którą we łzach wręczył im na pożegnanie Fier.
— …a następnie ułożyć na specjalnym stosie, gdzie słowa te zostaną uroczyście spalone, gdy minie druga Pora Słońca. Tak się skończy wasz język, a dostaniecie nasz – dokończył tłumacz i usiadł zmęczony na eleganckim, kutym krześle, w które fassowscy urzędnicy kazali wyposażyć przejścia graniczne.
Juka za każdym razem przypominał sobie to upokorzenie i ból w sercu, gdy pojął, że aby żyć musi znowu coś utracić. Miał 15 lat, na deseczce wypisał rymowankę o Fassance. Niebieski aksamitny worek, do którego strażnik wrzucał jego dzieło, przypomniał mu znowu o Mirio i jego występie.
Teraz wiedział co zrobi, pobiegł do trzydziestego Półkola. Tam, gdzie od paru miesięcy spotykali się całą grupą. Młodzież z Osuwiska. Młodzież z Błękitnych Wzgórz.

***

W Ten Dzień zagrzmiał Wielki Róg. Dach pałacu Władcy Fass błyszczał złotem, a dachówki lekko drgały, gdy sygnał rozbrzmiewał z całą mocą. Do wieczora sprzątano obozowiska. Niedobitki wybiegały z Lasu, błagając strażników o przepuszczenie. Wertian spojrzał na pozostałości szałasu, który był jego domem przez ostatnie półtora roku. Nie wiedział, kim był - już nie bębniarzem, nie rolnikiem, nie ojcem. Dziadkiem — owszem. Choć dawno nie widział już swojego wnuka. Skierował sieroty do punktu opieki i zajął miejsce przy bramie. Chciał wejść jako jeden z pierwszych. Strażnicy przeczesywali Półkola, a jeśli znaleźli skrawek papieru, pióro, rysik, cokolwiek wyryte w języku Wzgórz w drewnie, na murze czy wyszyte na tkaninie — zabierali, a winowajcę odprowadzali do wozu. Wertian widział, że od rana zapełniono już kilkanaście takich wozów. Nikt nie wiedział, dokąd mają jechać.
O zmroku Wielki Róg znowu zabrzmiał i podpalono stos. Dziesiątki tysięcy słów, zdań, poematów, fraszek, pieśni i przyśpiewek płonęło w posępnym milczeniu zgromadzonych tłumów. Fassowska orkiestra grała podniosłą muzykę – muzycy stali na specjalnie zbudowanej scenie, zagłuszając trzaskający ogień i szlochy, które pojawiały się w Półkolach jak błyskawice rozpaczy.
Otwarto bramę. Zaczęto wpuszczać uchodźców, witając ich w języku fass i kierując do tymczasowych schronień na terenie Krainy. Dzieciom i kobietom w ciąży dawano garść słodzonych liści jeżyn. Wertian nie mógł dojrzeć Juki, gdy ludzka fala porwała go w kierunku rynku. Nie wiedział czemu, ale w myślach pojawiła mu się piosenka z dzieciństwa. Śpiewali to przed pierwszą lekcją:

Te Błękitne Wzgórza są dla ciebie, mały
Tamten Las jest twój, moja mała hej
Niech się sypią nuty na ciebie z powały,
Mów językiem swoim, w sercu swym go miej
.

Zorientował się, że jest jakieś zamieszanie. Strażnicy kogoś złapali.
— Mnemons, pewnie Mnemons! — zapanowało poruszenie.
Wertian wspiął się na przewróconą ławę przed murowanym, bogatym fassowskim domem. Zobaczył Jukę. Nie rozumiał, co się stało, gdy nagle wokół Juki spędzono więcej młodych osób. Wszyscy zrzucili szaty. Strażnicy coś tłumaczyli, ale wstrząśnięty Wertian patrzył na ciało wnuka pokryte jakimiś ciemnymi śladami.
— Pobili ich? — spytał z bólem.
— To tatuaże — odrzekł ktoś. — Mają tatuaże.
Na plecach Juki widać było wierszyk o Fassance.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License