Studnia
ocena: +4+x

Przyszedł Żalniała do Studni Pierwotnej
Mądrości nabrać, nie myśli przewrotnej.
Nie buntu, nie strachu, nie niestabilności,
Lecz choćby kropli nie naszej najszczęśliwości.

I spojrzał Żalniała, z wiaderkiem dziurawym
W głąb. I patrzy, ogarnia spojrzeniem niemrawym
Ciemność. Wielką ciemność i przetłum rąk u dołu
Czekających wiadra jak chłop biedny wołu.

— Nie zejdę! — wykrzyknął. — Nie stanę u progu!
Nie zniszczę nadziei! Nie powiem Bogu!
I stanął Żalniała. Stanął u progu.
Roztrzaskał nadzieję, a płacz oddał Bogu.

Arcytłum zaklaskał, już widzi Żalniałę
Czuje dźwięki jego, dotyka ich niedbale.
I krzyczy, tak przeraźliwie, w Żalniały głowie,
Że ten słabnie i milknie, a wiadro kończy w rowie.

I stoi Żalniała, już stoi nad progiem.
I patrzy w otchłań — ona dlań już Bogiem.
A ręce czekają, ich przetłum już klaszcze,
Bo wiedzą, co będzie — rzuci się w ich paszczę.

I wiedzą, że naprawdę nic w sercu nie miał.
Że wiarę wspominał, by sam nie oniemiał,
Bo każdy tak działa. Od wieków zarania
I co? I oddaje się im, bez opamiętania.

Więc leci Żalniała, w głąb Studni się rzucił
By czerpać sobą całym, co by nikt go nie cucił,
Nie kropli, nie morza tej najszczęśliwości,
Lecz buntu, lecz strachu i niestabilności.

I wpadł, arcytłum od razu go objął
I ręce te straszne w sobie go topią.
On krzyczy, on błaga, nasz Żalniała biedny,
Idąc coraz głębiej, coraz bardziej bierny.

Aż w końcu poczarniał, uczarniał i już
Na rękach jego osiadł czarny kurz.
I patrzy w górę z Mądrości Studni Pierwotnej
I ręce wyciąga — szuka ofiary samotnej.


Z Dwuświatu

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License