|
Przyszedł Żalniała do Studni Pierwotnej
Mądrości nabrać, nie myśli przewrotnej.
Nie buntu, nie strachu, nie niestabilności,
Lecz choćby kropli nie naszej najszczęśliwości.
I spojrzał Żalniała, z wiaderkiem dziurawym
W głąb. I patrzy, ogarnia spojrzeniem niemrawym
Ciemność. Wielką ciemność i przetłum rąk u dołu
Czekających wiadra jak chłop biedny wołu.
— Nie zejdę! — wykrzyknął. — Nie stanę u progu!
Nie zniszczę nadziei! Nie powiem Bogu!
I stanął Żalniała. Stanął u progu.
Roztrzaskał nadzieję, a płacz oddał Bogu.
Arcytłum zaklaskał, już widzi Żalniałę
Czuje dźwięki jego, dotyka ich niedbale.
I krzyczy, tak przeraźliwie, w Żalniały głowie,
Że ten słabnie i milknie, a wiadro kończy w rowie.
I stoi Żalniała, już stoi nad progiem.
I patrzy w otchłań — ona dlań już Bogiem.
A ręce czekają, ich przetłum już klaszcze,
Bo wiedzą, co będzie — rzuci się w ich paszczę.
I wiedzą, że naprawdę nic w sercu nie miał.
Że wiarę wspominał, by sam nie oniemiał,
Bo każdy tak działa. Od wieków zarania
I co? I oddaje się im, bez opamiętania.
Więc leci Żalniała, w głąb Studni się rzucił
By czerpać sobą całym, co by nikt go nie cucił,
Nie kropli, nie morza tej najszczęśliwości,
Lecz buntu, lecz strachu i niestabilności.
I wpadł, arcytłum od razu go objął
I ręce te straszne w sobie go topią.
On krzyczy, on błaga, nasz Żalniała biedny,
Idąc coraz głębiej, coraz bardziej bierny.
Aż w końcu poczarniał, uczarniał i już
Na rękach jego osiadł czarny kurz.
I patrzy w górę z Mądrości Studni Pierwotnej
I ręce wyciąga — szuka ofiary samotnej.
|
|