Marshowe gawędy: Pozdrowienia z Kostkaryki
ocena: +1+x

Zaciągam się głęboko dymem z papierosa i wyglądam ze szczytu przepaści na przestrzeń pode mną. Biblioteka rozwija się w nieskończoność, we wszystkich kierunkach, jak zwój papirusu turlający się po ziemi. Góry i doliny drewna i papieru. Chmury, jeśli wspiąć by się wystarczająco wysoko. W tej chwili jestem na mniej więcej tej wysokości. Wystarczająco wysoko, że mam wrażenie, że mógłbym wyciągnąć rękę w górę i dotknąć nią tutejszego nieba, które nie jest wcale niebem.

Mistrzu, powinieneś niedługo skończyć oddawanie się nałogowi. Zanim przybędzie personel.

Wydmuchuję ostatnią chmurę dymu na potwierdzenie, że zrozumiałem i wkładam wypalonego peta do swojej popielniczki. Tam, w prawdziwym świecie, można odpstryknąć niedopałek, gdzie tylko się chce. Oczywiście z zachowaniem rozsądku. Tutaj coś takiego ma szansę rozpalenia ogniska wielkości Luksemburga. A co gorsza, przyciągnięcia uwagi Gaśników. To największe sztywniaki we wszechświecie. Nie zdziwiłbym się, gdyby już byli w drodze — skupieni na esencji mojego Bica, kiedy zapaliłem.

Zniknę, zanim zdążą przedstawić mandat.

Odsuwam się od krawędzi klifu i przeszukuję plecak, wyciągając rzeczy, które będą mi potrzebne do otwarcia bramy.

Czas na czarną magię.

Przedmiot numer jeden. Czaszka, wybielona. Ludzka. Bo jaka niby inna. Z jakiegoś powodu czarna magia jest, bardziej niż jakikolwiek inny rodzaj magii, przezabawnie staroświecka. Jest prawie parodią samej siebie. Wszystkie inne rodzaje czarów w większości przystosowały się do mentalności współczesnego maga, ale nie czarnoksięstwo, o nie. Jeśli nie masz na sobie czarnego eyelinera i nie patroszysz baranka z Love and Rockets grającymi w tle, to zwyczajnie nie zadziała. Jakie to wszystko jest festyniarskie, no błagam. To takie performatywne. W sumie jest mi to potrzebne tylko do zwiększenia masy tanotycznej, każda czaszka by zadziałała, tę po prostu miałem pod ręką. Zdziwilibyście się, ile kości można znaleźć na wysypiskach śmieci Biblioteki, jeśli się wie, jak się do nich włamać bez zostania zauważonym przez Wozaków Żużlu. Stawiam czaszkę na podłodze. Uśmiecha się do mnie. Nawzajem, Chudy.

Przedmiot numer dwa. Kandelabr, cały ze srebra. No, na pewno w większości. Lekko przeklęty. Patrząc na wzór, jaki zostawia za sobą, to chyba klątwa opóźnionego nieszczęścia. Dotykasz tego, a sześć miesięcy później twoja ciocia ładuje się w nieprzyjemny wypadek samochodowy czy coś w tym stylu. Pewnie dobre na jakiegoś pranka, ale ja jestem tak obłożony różnymi antyurokami, że trzeba byłoby mnie walnąć całym domem towarowym pełnym drabin i luster, żeby skręcić mi kostkę. Ten grat jest tu tylko dla oświetlenia. Rozświetlenia drogi naprzód. W sensie metafizycznym, na szczęście — wyglądałbym jak debil, nosząc wszędzie ze sobą błyszczący świecznik.

Trzy: słoik żywych świetlików. To dopiero było denerwujące do zdobycia — musiałem wrócić na Ziemię. Na szczęście było już lato, gdy tam przybyłem. To również ma służyć jako oświetlenie — bioluminescencja to życie próbujące pożyczyć wspaniałość gwiazd. Dobre to do odnajdywania drogi i zaklęć na oczy. Których teraz obu potrzebuję. To, plus nieunikniony fakt, że czarna magia kocha siłę życiową, idealnie nasmarują zębatki rytuału. Sorki, robaczki. Może następnym razem będziecie miały więcej szczęścia.

Cztery: kawał wysuszonego koralu, dla struktury i zakorzenienia. Ładny, różowiutki. Pachnie słono. Twardy, czysty, pozostawiony przez coś, co kiedyś żyło.

Pięć — i tutaj uwaga — drzazga z pazura konkretnego demona. To musi być odpowiedni rodzaj demona, takiego znanego z wyjątkowej drapieżności i przemocy. Na szczęście dla mnie, jakiś czas temu na takiego polowałem — naprawdę paskudna osobistość o imieniu OKOLAK. Jego najpopularniejszym epitetem był Penetrator. Resztę pozostawię Twojej wyobraźni, drogi czytelniku. Nawet inne demony uważały OKOLAKA za nieprzyjemną świnię. Zjadłem jego serce z fasolką i wybornym chianti1.

Nie zmartwiło nas zniszczenie OKOLAKA. Był bardzo śmierdzący. I nie umiał się zachować przy stole.

Wychodzi na to, że nikt nie lubi ordynarnych studenciaków. Nawet demony.

Rozkładam to wszystko na płaskim fragmencie podłogi i wyciągam mój zestaw do upuszczania krwi. To jest, mój stary, dobry nóż bojowy marki KA-BAR, szklany słoik, pędzel z końskiego włosia i płócienna torebeczka wysuszonych krwawych fasolek.

Na ziemi przed krawędzią drewnianego występu układam poszczególne elementy w formie kwadratu.

Prawy dolny róg, czaszka. Punkt kotwiczny. Łysa małpa po raz kolejny przemierza kosmos.

Lewy dolny róg, koral. Kręgosłup. Rozrośnij się na wszystkie strony. Zwapnij. Zakorzeń się. Nieugięty nawet na przekór morzu.

Prawy górny róg, przeklęty kandelabr. Oko. Zimny metal, nieczuły na ból i wpływy. Spójrz w ciemność. Zapowiedz me przybycie.

Lewy górny róg, świetliki. Soma. Ciało. Nieświadome ofiary. Ich światła zgaszone, by mogły służyć mi w innym świecie.

W centrum, meritum wszystkiego, fragment OKOLAKA. Serce. Cel misji. Moc druzgotania murów, burzenia barier. Na mój rozkaz przebij się i oczyść mi drogę.

A teraz zaczyna się zabawa.

Trzymam długi, szczerzący się nóż przy słodkim ciele mojego lewego ramienia. Metal dotyka dziesiątek długich, stwardniałych blizn, które już tam są, witając się z nimi jak stary przyjaciel. Czas dodać kolejnego członka do chóru.

Przesuwam nóż po skórze. Nie za szybko, nie za wolno. Nie za długo, nie za krótko. Potrzebuję tylko trochę, by wystarczyło. Nóż jest tak ostry, że na początku prawie nic nie czuję. Potem pojawia się ból. Topniejąca, krzycząca linia w dół mojego przedramienia. Byłoby to straszne, nie do pomyślenia, niemożliwe — gdybym nie robił tego już całe dziesiątki razy.

To jest powód, dla którego większość ludzi już nie interesuje się czarną magią. Czarnoksięstwo jest potężne, temu się nie da zaprzeczyć. I, w większości przypadków, niebezpiecznie łatwe. Trochę takie Pepco magii. Dostajesz dużo za małą cenę. Kup dwie klątwy, a dostaniesz jedną za darmo.

Ale na wyższych poziomach ceny wzrastają. Możesz dojść tylko do pewnego momentu, zanim skończy ci się darmowy okres próbny. Jeśli chcesz więcej, jeśli chcesz przejść przez te wielkie, obite aksamitem drzwi do sekcji VIP, to musisz zapłacić. A multiwersum ma tylko jedną prawdziwą walutę.

Po mojej wyciągniętej ręce spływa strużka czerwonego wina i kapie z końca małego palca. Zbiera się w szklanym słoiku, który wystawiłem. Kurwa, jak to boli. Każde uderzenie mojego serca przynosi nową falę bólu. Zauważam, że ciśnienie, pod jakim wypływa, zwiększa się nieco wraz z rytmem. Nie da się tego nijak przyspieszyć, nie ma żadnych tanich trików. Wiem, o czym myślisz i nie jesteś tak mądry, jak ci się wydaje — pierwszą cholerną rzeczą, o której pomyśleli magowie krwi, było: Stary, to gówno ssie, użyjmy jakiegoś znieczulenia. Albo po prostu od razu teleportujmy krew na zewnątrz, zróbmy to szybko. Ale to nie działa w ten sposób. Jakiekolwiek siły są odpowiedzialne za tego typu rzeczy, lubią ból i lubią czas, jaki to zajmuje. Bez cierpienia, mniejszego czy większego, nie ma magii. To właśnie ból jest tym, co tak naprawdę zbierasz — krew jest tylko płynnym przypomnieniem, że tam była. Zapis w czerwieni.

Ciemność zaczyna pojawiać się w kącikach mojej wizji. Zawroty głowy. Myśli próbują przedostać się jakby przez wodę. Stłumione. Zniekształcone. Ból w ramieniu wydaje się odległy, jakby był mi opisywany. Wyciągam jedną z fasolek i zjadam ją, zanim trafię do przyszłotygodniowych nekrologów.

Mroczna Legislatura bardzo nalega na dziesięcinę z krwi, której większość średnio-zaawansowanej i zaawansowanej czarnej magii wymaga, aby funkcjonować, ale jak w każdej biurokracji, istnieją luki. System nie dba o to, co dzieje się po zapłacie, tak długo, jak ją dostają. Dlatego właśnie krwawe fasolki są najlepszym przyjacielem czarnoksiężnika. Być może jest to jedna z najwygodniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek odkryła społeczność. Są drogie i rzadkie, ale potrzebujesz ich, by móc uprawiać jakąkolwiek ciężką magię bez skończenia w łóżku. W chwili, gdy przełykam, czuję, jak fasolka wykonuje swoją pracę. Mięso mojego ramienia zrasta się z powrotem w jedną całość2, moja wizja zaczyna się przejaśniać, a moje nogi są w stanie lepiej utrzymać mój ciężar.

Otrząsam się z tych dreszczy i zabieram się do malowania. Używam pędzla i rozmazuję swoją krew na kształt kwadratu z krzyżem w środku, przechodząc przez środek paznokcia OKOLAKA. To cholerstwo odrobinę jarzy się złowrogim czerwonym światłem, gdy przesuwa się po nim zakrwawiony pędzel. Nawet po śmierci, ten skurwiel jest wciąż spragniony.

I na koniec inkantacja.

Wielu ludzi myśli, że konkretne obrzędy, zaklęcia, rytuały i et cetera wymagają bardzo konkretnych magicznych słów, aby zadziałać, ale jest to jeden z obszarów, gdzie czarna magia faktycznie wygrywa. Inne formy magii działają podobnie jak matematyka, a słowa są częścią równania. Ale czarna magia jest o wiele głupsza — to licealny łobuz transprzyziemności. Wszystko, co szanuje, to moc i siła woli. Jeśli czegoś chcesz, bierzesz to. Jeśli masz coś do powiedzenia, mówisz to. To wszystko przechwałki. Żadnych liczb, wykresów, skomplikowanych wzorów — wszystko, czego potrzebujesz, to pewność siebie, lekki kompleks wyższości i talent do dramatyzowania.

— Nazywam się Morgan James Marsh. Stoję na progu, który sam zaprojektowałem. Spójrz na mnie i poznaj moje czyny. W nich zawarte są moje imiona. Jestem Krwawym Krukiem, który obdziera kości zabitych. Jestem Wrogiem Tronów, Cichym Królobójstwem, który rozbija korony monarchów i pochyla głowy książąt. Jestem Przędzaczem Cieni, Twórcą Łańcuchów, Rozpruwaczem Kocy3, Bladym Sępem. Jestem POŻERACZEM SERC, który pożarł EBORIATHA, AKHMODTA, SHIRIOK, BAZPHODALA, OKOLAKA i wielu innych. Ich nienawiść jest moja na wieki. Mocą moją i wielu potęg, nad którymi jestem panem, rozkazuję otworzyć tę bramę.

Wiem, wiem. To LARP-owe, piwniczniakowe, pseudo-satanistyczne gówno jest trudne do wzięcia na poważnie, ale ciemne moce absolutnie to łykają. Cały ten system opiera się na przechwalaniu się tak mocno, że twoje ego robi dziury w strukturze rzeczywistości, i nie, żeby się przechwalać, ale już kilka razy ogarniałem ten temat.

Przede mną, na samym skraju urwiska, ukazuje się w powietrzu przeraźliwie skrzeczący rozstęp. Przez chwilę pojawia się głęboko nieprzyjemne światło — blask Pomiędzy. Zanika jednak ono i jestem w stanie dojrzeć roztrzaskaną panoramę, tlącą się pod obitym i zakurzonym niebem.

Wszystkie składniki rytuału znikają, zaakceptowane przez Mroczne Prawo. Pozostaje tylko krew.

Nigdy nie mogłabym cię znienawidzić, mój mistrzu. Istnieję tylko po to, by służyć. Shiriok mówi to w sposób, który całkowicie jasno daje do zrozumienia, że gdyby nadal miała ciało, użyłaby go, by rozerwać moje na wiele krwawych wstęg w czasie jednego uderzenia skrzydeł kolibra.

Ci z was, którzy są w temacie, mogą się zastanawiać, dlaczego nie używam po prostu Przejścia. Są darmowe i docierają prawie wszędzie — konceptualny cel "systemu transportu publicznego". To dzięki nim w ogóle jestem w Bibliotece. I są świetne! Ale kursują prawie wszędzie. Jedno miejsce, do którego nie dojeżdżają, to… tam. Stąd ta odpłatna droga.

Łapię plecak i przechodzę przez portal.

Jest to nieprzyjemne uczucie, jakby całe moje ciało było pocierane przez ekrany starych telewizorów kineskopowych. Moje molekuły przez chwilę poruszają się w tę i we w tę. To trwa tylko chwilę.

Potem nadchodzi bardzo, bardzo długi okres.

Przede mną wszystko jest. Pozostaje tak na tyle długo, że myślę, że gdybym mógł tu zostać choć na chwilę dłużej, gdyby mój umysł mógł się uwolnić ze swoich głupich biochemicznych łańcuchów, stałbym się kompletny.

Ale potem już nic nie ma. Zostawiam wszystko za sobą.

Potem stoję na rozsypującym się, rozwalonym pustkowiu, zbyt martwym, by nazwać je piekielnym, i zbyt starożytnym, by być przerażającym.

Kostkaryka.

To miejsce jest stare. Tak stare, że żadne Przejścia do niego nie prowadzą. Tak stare, że aby dowiedzieć się, jak się do niego dostać, musiałem błagać o pytania i przysługi od bytów, które były tam, kiedy czas był innowacyjnym i modnym nowym pomysłem. Trafiłem na ten szlak tylko dlatego, że gość, który znał gościa, który znał gościa, którego zjadłem, znał gościa, którego nie znałem ani nie chciałem znać, ale i tak musiałem się z nim spotkać.

Byłem tu już wcześniej, ale tylko raz. Dla zaspokojenia własnej ciekawości.

Biorę oddech. Jest tu powietrze, ale jest ono… używane. Trudno to opisać, to trochę tak, jakby wszystkie cząsteczki były tu bardzo dokładnie zużyte i prawdopodobnie już dawno powinny iść się odświeżyć w jakimś gwiezdnym rdzeniu. Nad wszystkim unosi się nieostrość, jakby bez względu na to, jak blisko podejdziesz do jakiegoś kamienia czy cegły, to i tak będą wyglądać, jakby docierały do ciebie przez starą fotografię.

Nie ma sposobu, by przekazać wam, jak naprawdę wygląda pobyt na Kostkaryce, lub, poważniej, w Mieście Trupów. Ale postaram się namalować wam pewien obraz.

Pomyśl o ruinach. Jakiejkolwiek ruinie, z jakiegokolwiek okresu czasu. Teraz połącz tę ruinę z inną, z innego okresu. Potem następną. Rób to tak długo, aż zniszczenie i opustoszenie rozciągnie się od horyzontu do horyzontu. Połamane kamienie i cegły, łuki, wieże i mury, wszystko to kołysze się i miesza ze sobą. Niektóre budynki wciąż stoją — a kiedy stoją, kiedy się je widzi, rozumie się dlaczego. Niektóre z tych budowli są wielkości gór. Nie wiem, kto mógł je zbudować i nie wiem, do czego służą. Pewnego dnia wybiorę się na te szczyty i sam się przekonam.

Nie ma w tym zbyt wiele sensu. Sama ziemia traci spójność — są tu platformy wielkości miast, które wiszą w powietrzu, obojętne wobec grawitacji. Patrząc w górę, można zobaczyć, że niebo jest ich pełne. Wszystkie zwrócone w różnych kierunkach. Istnieją struktury, które całkowicie ignorują ziemię, wisząc w górze jak niepojęte, obce statki kosmiczne.

Przypuszczam, że można powiedzieć, że istnieje tam niebo. Przypuszczam, że "niebo" technicznie opisywałoby to, czym to jest. Są gwiazdy, ale nie ma słońca. Jest światło, ale pochodzi ono z dziwnych zórz, tęczy z rozlanego oleju i spektakularnych mgławic, których prawd nie potrafiłbym odgadnąć. Wszystko wokół mnie wygląda jak letni zmierzch — długie, mocno zarysowane cienie, każdy z nich to czarny miecz, z własną historią i nieopisaną wagą czasu. Jestem czarnoksiężnikiem. Znam się na cieniach. A te są Dom Perignonem, Rolexem, Rolls Royce'em cieni — bogate, znaczące i niemożliwie potężne.

To mogą być pierwsze cienie, jakie kiedykolwiek rzucono.

Zaczynam iść. Do przodu, bo nie sądzę, by kierunek i odległość miały tu takie znaczenie jak w innych światach. Przechodzę pod łukiem wysokim na kilkaset metrów i wchodzę na rozsypujący się dziedziniec, wybrukowany kamieniami szlachetnymi pociętymi na cegły wielkości pustaków. Wokół mnie stoją niemożliwe do zdobycia wieże, mury obronne, blanki, wszystkie przecinające się nawzajem w sposób, którego nikt, kto miałby przestrzegać zasad fizyki, nie byłby w stanie ułożyć. Nie przestaję chodzić. Wszystko wciąż się zmienia. Nie jest tak, jak było ostatnim razem, i nie spodziewałem się, że będzie.

To miejsce nie nazywa tak naprawdę się ani Kostkaryką, ani Miastem Trupów, tak przy okazji. Po prostu ja tak je nazywam. Ma tyle nazw, ilu jest ludzi, którzy o nim wiedzą. Pałac Długiej Nocy. Nekro Polis. Dom Snu. Wieczna Krypta. Forteca Bez Świtu.

Więzienie Marzeń.

Rozumiecie, o co chodzi. Niektórzy mają bardziej pozytywne spojrzenie niż inni.

Wybrałem Miasto Trupów, ponieważ jego części wyglądają, jakby były stworzone do zamieszkania. Kiedy, nie potrafię powiedzieć. To tylko przeczucie. A Trupów, ponieważ… cóż, są tu martwe rzeczy. Jestem nekromantą, zaufaj mi.

Szczerze mówiąc, chyba nie trzeba być nekromantą, żeby wiedzieć, że to jest jakiś pomnikowy świat. Wielkie mauzoleum, być może najwspanialsze. Ostatnim razem, gdy tu byłem, nie odwaliłem jakiejś szczególnej ilości eksploracji, więc nie widziałem jeszcze żadnych prawdziwych ciał. I nie wiem, czy chcę.

Czuję ich sny.

Nie wiem, jak można nie czuć — od razu, gdy się tu pojawiasz, zaczynają działać na twój umysł. Delikatnie, ale natarczywie. Psychiczny przypływ. Jeśli pozostaniesz w miejscu wystarczająco długo, zaczynasz otrzymywać… obrazy. Wrażenia. Możliwe staje się wyodrębnienie poszczególnych kierunków, z których dochodzą sygnały. Czuję je, mimo że mój umysł jest pokryty dosłownie tysiącami zabezpieczeń antytelepatycznych, jak łuski smoka. A one wciąż się przedostają. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek za nimi nadążył.

Jest tylko jeden rodzaj istoty, która nie przestaje śnić po śmierci. Jest tylko jeden rodzaj istoty, która może być pochowana w tych tytanicznych, strzelistych grobowcach. I nie jest to coś, z czym się obcuje, jeśli chce się pozostać takim, jakim się jest teraz.

Możliwe, że Miasto Trupów nie jest w większości zapomniane. Może ludzie czasem tu przychodzą.

I może z niego nie wracają.

Ja nie martwię się o to, bo mam ze sobą broń. I kilka wyjątkowo przeklętych przedmiotów do obrony osobistej. I galaktycznie wielkie poczucie niezależności i arogancji. Nic mi nie będzie.

Oczywiście, że nic ci nie będzie, mój mistrzu. Jesteś przecież tak precyzyjny… jak ziarna piasku w klepsydrze…

Docieram na szczyt krętych, brukowanych schodów, które kończą się na platformie z widokiem na całkiem spory obszar miasta. Spoglądam na zewnątrz, by sprawdzić, czy uda mi się dostrzec rzecz, którą widziałem, gdy byłem tu ostatni raz.

Cała mitologia i badania nad tym miejscem jasno wskazują, że nic tu nie mieszka. Nic nie powinno móc tu żyć. Życie nie ma tu nic do powiedzenia. To jest salon Śmierci i nikt inny nie jest tu mile widziany. Kostkaryka nie ma innych mieszkańców niż ci, którzy zasłużyli na to prawo. Ja zdecydowanie tu nie pasuję. Wtargnąłem tutaj. Nie ma tu żywych i nie ma tu nieumarłych. A przynajmniej nie powinno być.

Dlaczego więc czuję ruch?

We własnej głowie pytam Shiriok:

— Czy ty też to czujesz?

Tak, mistrzu. Coś tam chrobocze.

— Coś… robaczywego.

Zgadza się. Drapanie. Kopanie. Żłobienie. Zagrzebuje się pasożyt. Wprowadza koszmar w Wielki Sen.

— Mógłbym się przez jakiś czas pobawić w międzywymiarowego eksterminatora. To byłby dobry materiał na felieton.

Stosowna rozrywka dla kogoś na twojej posadzie, panie.

Pewnego dnia załatwię sobie demoniczną sekretarkę z nieco mniejszym temperamentem.

Gdzie… gdzie jesteś. Zamykam oczy.

Rozbijające się fale duchowej energii przebijają się przez mój umysł. Jestem uderzany przez ocean pojęć, fala za falą. Sny tak gigantyczne i znaczące jak góry czy morza, ogromne w swym zasięgu, nieskończone w głębi. Mogę zajrzeć w głąb nich, tam gdzie są światła i cienie. Widzę, w jarzącej się ciemności pode mną, umysły rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Rzeczy, które wciąż mogą mnie połknąć, przypadkowo, bez wiedzy czy świadomości, zbyt martwe, by wiedzieć, ale zbyt potężne, by się nie ruszać.

Nie mogę tu długo zostać, bo zatonę i już nigdy nie zobaczę powierzchni.

Tam. Zmarszczki. Zmiany ciśnienia, przemieszczające się przez wielkie psychiczne morze. Wyżej niż ja, blisko powierzchni. I nie są blisko tych wielkich rzeczy, które leżą na dnie. Stąd mogę je oznaczyć — rzucić długi harpun w ich istotę i trzymać linę w dłoni.

Otwieram oczy i patrzę tam, gdzie wyobrażam sobie południowy zachód, gdyby kierunek miał tu jakiekolwiek znaczenie. Niewidzialna lina w mojej ręce szarpie się i drży w rytm myśli i ruchów tej rzeczy. Nie potrafię stwierdzić, czy to coś wie, że mam je na celowniku — muszę działać szybko, zanim ucieknie nie wiadomo dokąd.

Zerknięcie za krawędź platformy. Długa droga w dół, w głąb niezgłębionych, starożytnych ruin.

Cofam się o kilka kroków. Z takimi rzeczami lepiej najpierw wziąć rozbieg, żeby nie oberwać w głowę, jeśli się przewrócisz lub jeśli nie zauważysz jakiejś wystającej krawędzi.

Krok. Krok. Krok krok krok krokkrokkrokkrok

Skok.

I spadam w pustą przestrzeń. Ziemia na chwilę się dezorientuje, zauważa, że uciekłem i pędzi do góry, żeby mnie złapać.

Lecąc w powietrzu w kierunku zniszczonej ziemi jak meteor w prochowcu, wyjmuję nóż i szybko tnę swoje ramię. Krew rozpryskuje się na wietrze we wszystkie strony. Ból sprawia, że uczucie spadania staje się jeszcze bardziej realne.

Przywołuję BAZPHODALA, Wichurę Kłów, Huragan Cienia! Twe skrzydła są moje!

Tym razem Baz nie zawraca sobie głowy walką ze mną. Pewnie dlatego, że to jest polowanie, a on zawsze w głębi serca był prostolinijnym drapieżnikiem. Pomaganie mi w zabijaniu jest jedyną rozrywką, jaką teraz otrzymuje. Prawie mi go żal.

Mój płaszcz zamienia się w ogromną parę pierzastych skrzydeł, spowitych złowieszczym cieniem i dymem. Łapią one powietrze ze szczęknięciem i trzepotem i podnoszę się, odzyskując część utraconej wysokości. Latanie nie jest raczej domyślnym stanem dla ludzi, ale używałem najcenniejszego atrybutu Baza tyle razy, że w zasadzie już się w tym połapałem. To trochę jak paralotniarstwo, ale mózgiem.

Kieruję się w stronę, w którą ciągnie mnie psychiczna więź. Jest to ogromny budynek, niczym monolityczna katedra, której nawet najbogatsze i najbardziej obłąkane kulty na Ziemi nie byłyby w stanie zbudować, gdyby dać im tysiąc lat. Na szczęście dla mnie, w dachu znajduje się ogromna dziura wielkości stadionu, więc nie będę musiał kombinować, jak wejść do środka.

Skrzydła Baza unoszą mnie w górę i w górę, każde uderzenie wznosi mnie o dwadzieścia stóp wyżej. Prędkość, z jaką się poruszam, przyprawia o zawrót głowy. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłem zbyt dobrym lotnikiem. Znam wielu zniewalaczy demonów, którzy biegną prosto w kierunku pierwszego noxitoma lub camazotza, którego wyczują, zabijają go, odrywają mu skrzydła i robią z nich fajną pelerynę, płaszcz czy cokolwiek innego. I nigdy nie zdejmują tego cholerstwa, bo dzięki temu wyglądają jak fajny czarodziej, a latanie jest super. A potem wypróbowują to o kilka za dużo razy bez odpowiedniego związania demona, bo są uzależnieni od uczucia latania. Demon wybiera dokładnie najgorszy moment na nieposłuszeństwo i… plask. Martwy czarodziej. Zdziwiłbyś się, jak często się to zdarza, szczerze mówiąc. Dlatego tak ważny jest trening. Czytajcie swoje podręczniki i ćwiczcie przestrzeganie zasad, wszyscy wy tam początkujący magicy.

Moje podejście do ogromnego kościoła zbliża się do swojej mety, a ja wytężam umysł, szukając czegokolwiek, co mogłoby być w pobliżu. Na pewno coś tam jest, przemyka na parterze. Język mojego mózgu czuje smak popiołu, kurzu, zgnilizny, krwi, radości. Zdecydowanie nieumarli. Tu, ze wszystkich miejsc, nie powinno być nieumarłych. Nie pytajcie mnie skąd i dlaczego to wiem. Jestem nekromantą. Wyczuwasz takie rzeczy i uczysz się płynąć z prądem magii.

Wzbijam się w górę, nad krawędź wyrwy w dachu. Krążę raz czy dwa wokół krawędzi, spoglądając w dół, by upewnić się, czy jest gdzie wylądować. Sprawa jest jasna — przy całej swojej wysokości, wygląda na to, że to coś to w większości jedno wielkie pomieszczenie. Nieźle. Ciekawe, co jest w środku.

Skrzydła ciemności wirują wokół mnie, a ja wznoszę się w górę, wiszę przez chwilę, by rozkoszować się pradawnym blaskiem tej ponadczasowej, niewysłowionej pustki, po czym wykonuję salto w tył i zanurzam się w cienistych trzewiach katedry. Nie bądźcie zazdrośni — miałem dużo czasu, by poćwiczyć bycie tak zajebistym.

Są tam na dole, tuż pode mną. Czuję ich. Zastanawiam się, co knują.

Nurkuję tak szybko, że aż furkoczą mi policzki. Krokwie, rozpórki, połamane ściany i wiszące liny mijają mnie w podniecającym, pielgrzymim pędzie. Może powinienem częściej latać. Za każdym razem, gdy to robię, przypomina mi się, jakie to niesamowite. Dobrze, że ptaki nie potrafią mówić, bo inaczej nigdy nie usłyszelibyśmy końca ich przechwałek.

Podrywam się w ostatniej sekundzie, dwadzieścia stóp nad starymi, wypolerowanymi na lustro kafelkami parteru. Skrzydła Baza ponownie dramatycznie uderzają, a ja ląduję na nogach. Nie wykonuję superbohaterskiego lądowania, ponieważ jest to niewiarygodnie oklepane i nie tak praktyczne, na jakie może wyglądać, patrząc na Kapitana Amerykę. Skrzydła Raptora Pustki rozwijają się za mną imponująco, po czym uwalniam magię. Zmieniają się z powrotem w mój zwykły płaszcz, a rozcięcie na ramieniu zasklepia się. Jedną ręką strzepuję z siebie krew, drugą zapalam papierosa4, i patrzę, co jest do zobaczenia.

Jak się okazuje, nie ma tego wiele. To miejsce to chyba ogromne mauzoleum. Ściany wyłożone są wieloma półkami kamiennych trumien, które prawdopodobnie nie były ruszane od wieków. Wznoszą się one ponad moją głową w górę, w zakurzoną ciemność, od nie wiadomo kiedy. Posadzka jest szczerze mówiąc naprawdę atrakcyjna, polerowany marmur z mnóstwem skomplikowanych i ładnych monochromatycznych wzorów. Prawdopodobnie ktoś, kto to zrobił, potrzebował pół tysiąclecia, żeby je dobrze ułożyć. Jest ciemno. Nie ma zbyt wielu okien, a światło na zewnątrz można tak nazwać tylko technicznie. Macham ręką i mówię po akhmodiańsku "latarnia". Bestia osobiście otwiera portal nad moim ramieniem i wsuwa przez bramę małą klatkę z filigranowego złotego kamienia ze świecącą kulą w środku. Jego palec wycofuje się z powrotem przez cienisty krąg, a latarnia unosi się w pobliżu mnie.

Teraz, kiedy mam trochę światła, widzę, dlaczego z tak daleka byłem w stanie wyczuć zakłócenia.

To miejsce jest przepełnione jebanymi ghulami.

Są, cholera, wszędzie, muszą być ich setki. Czołgają się po ziemi, sięgają do świętych kanop, by wepchnąć ich śliską, mokrą zawartość do swoich obrzydliwych paszcz, pracują w grupach, by wypchnąć wielkie, ciężkie trumny z ich zakamarków i rozbijają je, by dostać się do martwych królów i królowych w środku. Większość z nich to już tylko kości, nie zostało prawie nic do jedzenia! Jebani pożeracze zwłok.

Kojarzysz ghule, nie? Nie są takie rzadkie, nawet na Ziemi. Praktycznie termity w społeczności nieumarłych. Suche, żylaste zombie z karykaturalnymi ustami pełnymi ostrych jak brzytwa zębów. Ciężkie, długie, umięśnione ramiona z potężnymi pazurami do odkopywania świeżych ciał. Nie mają oczu, tylko wygładzoną, papkowatą skórę w miejscu, gdzie kiedyś były. Doskonale poruszają się za pomocą węchu, słuchu i bardzo słabego zmysłu duchowego.

Ghule są normalne. Błogosławienie, przezabawnie normalne. Pojawiają się we wszystkich światach i powstają z najróżniejszych gatunków. Gdziekolwiek jest śmierć i głód, tam są ghule.

Ale ich nie powinno tu być. Nie na Kostkaryce. Przynajmniej nie na mojej warcie. Nie wiem, dlaczego czuję potrzebę wzięcia na siebie tej odpowiedzialności, ale myśl o tym, że ghule są tutaj wydaje się po prostu… niewłaściwa. Muszą odejść. Albo z wyboru, albo pomagając mi wyrobić normę w Czarnoksięskim Zakładzie Bicia na Kwaśne Jabłko, ich wybór.

Nie są ani głuche, ani tak głupie, jak wskazywałyby na to ich suche, zakurzone mózgi, więc wszystkie mnie usłyszały, kiedy wylądowałem. I wszystkie stoją naprzeciwko mnie, zastygłe w oczekiwaniu. Rozlega się małe, mokre plask, gdy kawałek zakonserwowanego jelita wyślizguje się ze szponiastej dłoni w połowie gryza.

Wydycham chmurę dobrego, starego Virginia smooth.

— Odejdźcie. Albo będę waszą drugą śmiercią.

Niezbyt błyskotliwe, ale te stworzenia nie są zbyt inteligentne, a gdy ma się do czynienia z transprzyziemnymi diabelstwami, zazwyczaj najlepiej jest przedstawić swoje intencje wprost.

Jeden z nich, duży, wysoki na jakieś siedem stóp i znajdujący się bliżej mnie niż reszta, węszy raz przez otwór, w którym wcześniej znajdował się jego nos. Najwyraźniej nie pachnę zbytnio fiołkami, bo zaraz potem wydaje z siebie głęboko poirytowany, rozdzierający ryk, który reszta tłumu zaczyna podchwytywać i zanosić się razem z nim.

No to w porządku. Trochę mało elokwentne, ale to są bojowe słowa, o ile kiedykolwiek je słyszałem.

Zaciągam się jeszcze raz i macham wolną ręką niewyraźnie, wraz ze słowem w języku, którym nikt poza mną już nie mówi.

Ogromny, kipiący owal mazistych cieni pojawia się gdzieś powyżej i na prawo od mojego prawego ramienia. Z portalu wyłania się ogromna dłoń, wykonana z czarnego jak węgiel kamienia, na której wyryto spiralne wzory w mieniącym się złocie. Nie przestaje się zbliżać. Jest połączona z jeszcze większym ramieniem, wyrzeźbionym z falującą, doskonałą muskulaturą. Jest tak wielkie, że mogłoby objąć całe moje ciało jak figurkę GI Joe. Jest całkowicie bezgłośne, ale tak gigantyczne, że można poczuć zmianę ciśnienia powietrza, gdy się porusza.

Ręka zaciska się w pięść i spada na hałaśliwego ghula jak zstępujący obsydianowy księżyc.

BUM.

Ramię zgrabnie wycofuje się do portalu, który cicho znika.

Doktor Zombek przypomina teraz coś, co można by znaleźć przyklejone do przedniej szyby auta po przyjemnej, letniej przejażdżce na wsi.

Reszta ghuli milczy i nieruchomieje.

— Czy ktoś jeszcze chce się pierdolić, czy też możemy przeskoczyć już do końca? Zarobiony jestem.

Cisza w starożytnej krypcie jest ogłuszająca, nawet bardziej niż uderzenie pięści AKHMODTA o kafelki podłogi. Szkoda, że zostawiam taki krater w tak pięknej budowli, ale czasem trzeba przemóc się do poświęceń, jeśli chce się zostać zrozumianym.

Chyba są w martwym punkcie. Czekają, co dalej. Pomogę im.

Zaciągam się dużym haustem dymu, po czym pożyczam powiew wiatru BAZPHODALA, by zmienić strukturę powietrza wokół mnie.

ODWALCIE SIĘ!

Mój głos jest jak uderzenie pioruna, wystarczająco głośny, by rozbić niektóre z pobliskich płaskorzeźb i wybić bębenki w uszach.

Ghule rzucają wszystko i pędzą w kierunku ogromnych, podwójnych drzwi katedry, nie oglądając się nawet za siebie. Są ich tam setki, wszystkie panikują i tratują się nawzajem, więc trwa to chwilę. Wyciągam mój piekielny bicz i chłostam kilka z nich po drodze, żeby upewnić się, że zrozumiały.

Śledzę je jednak. Muszę wiedzieć, skąd przyszły.

Po wyjściu przez wielkie drzwi i przejściu przez imponującą kolumnadę, dotarcie do sedna tajemnicy nie zajmuje mi dużo czasu.

Po mojej lewej stronie, w głębi czegoś, co można by nazwać "ulicą", znajduje się portal. Podobny do tego, którego użyłem, by się tu dostać, ale… lepszy? Czystszy. Bardziej elegancki, a nie podarty i poszarpany na krawędziach. Jakby był wycięty nożykiem do papieru, pod ekierkę, a nie pazurami jakiejś wściekłej bestii. Z drugiej strony wydobywa się dziwne fioletowe światło, ale nie mogę dostrzec niczego konkretnego.

Jest także obecność. Umysł.

Stado przerażonych ghuli wbiega do portalu, a on znika, gdy tylko ostatni z nich przekroczy próg. Nie pozostaje po nim ani śladu. Idealnie czysto, żadnych resztek, nic, co mógłbym wyśledzić. Profesjonalna robota, trzeba mieć dużo siły, żeby zrobić tak czyste cięcie.

Bardzo ciekawe.

— Taa. Kojarzy ci się z czymś?

Shiriok wykonuje bezcielesną, duchową wersję wzruszenia ramionami. Nie. Metodologia jest standardowa, ale skomplikowana. Trudna. Nie mogę też zlokalizować podpisu duszy. Tajemniczo.

Kontemplacyjnie palę na środku wiekowej ulicy. Tęcza dziwnych gwiazd, świateł i chmur krąży wiecznie nade mną, podtrzymując piękne cienie.

— Mówisz. Po co wysyłać tu ghule? Jaki jest tego cel? Zniszczenie? Rozpieprzanie wszystkiego dla zabawy? Ghule nie są wystarczająco mądre, by zrobić cokolwiek bardziej skomplikowanego.

Być może wiadomość. Jakieś oświadczenie.

— Rozwiń.

Ten portal nie został stworzony przez amatora. To nie był przypadek. To miejsce było martwe, zanim życie miało sens. Było świadkiem przemijania kosmosu za kosmosem. Zapominane wciąż na nowo przez więcej rzeczywistości, niż twój żałosny ludzki umysł mógłby ogarnąć. Niewielu o nim wie. Jeszcze mniej może się do niego dostać. Nasranie na jego próg to deklaracja. Może wulgarna, ale nie bezpodstawna. I nie do zignorowania.

— Hm. Malowanie sprejem po froncie budynku sądu, żeby udowodnić, jaki jesteś fajny i odważny. Ciekawe, komu chcą zaimponować.

Nikomu małemu.

Kiwam głową, zamyślony. Gaszę peta i zawracam, z powrotem w stronę, z której przyszedłem.

Może być tak, że Miasto Trupów nie potrzebuje psa stróżującego. Jest tu od… chyba od zawsze. Pewnie przeszło przez gorsze rzeczy.

Ale pewnie powstałby z tego całkiem niezły artykuł.

I, prawdę mówiąc, ten rodzaj chujowego posunięcia po prostu mnie wkurza.

Rozglądam się wokół siebie, na czyste, piękne cienie, rzucane przez kamienie i architekturę oraz wzory starsze i bogatsze, niż mógłbym kiedykolwiek zrozumieć. I składam im obietnicę.

Wrócę tu.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License