W kaplicy zgromadziły się wszystkie najbliższe osoby zmarłego. W przedniej ławce wspierana, przez najstarszą córkę, szlocha starsza kobieta. Matka. Za nią siedzą w ciszy i smutku ciotki i wujkowie. Bracia i pozostałe siostry stoją z dziećmi pod ścianą po drugiej stronie. Towarzyszy im kilku najbliższych przyjaciół.
Ciche szepty rozchodzą się tu i uówdzie. Kilka osób robi zdjęcia. Za ścianą buczy i szumi lodówka. Jezus Chrystus boleśnie spogląda z krzyża na trumnę.
Mężczyzna ponad trzydziestką bez słowa stoi obok rodziny swojego przyjaciela. Zanurzony w przemyśleniach.
Nagle słyszy cichuteńkie wołanie.
– Marek. Hej, pssst. Marek.
Zaczyna się rozglądać po kaplicy, powoli wracając do rzeczywistości. Jednak nigdzie nie może dojrzeć kto go woła.
– Marek, cholera jasna. Tutaj jestem – woła głos nieco głośniej, czemu towarzyszy nutka rozbawienia.
Kilka innych osób zaczyna również lekko się rozglądać w poszukiwaniu zakłócacza żałoby.
– Marek. Marek. Marek. Marek. Marek.
Nagle mężczyzna rozpoznaje ten głos i rozbawienie. Z szeroko otwartymi oczami patrzy w kierunku trumny. Serce zaczęło mu przyśpieszać. Niektórzy w jego pobliżu za jego przykładem również tam spojrzeli.
– No w końcu. Słuchaj. Mam pomysł na żart, ale nie wiem, czy to dobry moment. Możesz mi doradzić? – prawie śmiejąc, powiedział głos z zamkniętej trumny.
