Kiedy usłyszałem krzyk żony Eda, nie do końca wiedziałem, co o tym sądzić. Przez sekundę myślałem, że ktoś chce się włamać, co mnie rozbawiło. Ktokolwiek włamywał się do tego domu, czekała go niespodzianka — szczególnie tej nocy, ze wszystkich możliwych. A potem usłyszałem zimne głosy, wołające: "Policja! Na ziemię!". Poczułem dreszcz — popatrzyłem na Eda i już wiedziałem, że on wie. Koniec gry. Fundacja nas znalazła.
Ed popatrzył wtedy na mnie z niebiańskim spokojem. To dlatego on był szefem — nieważne, co się działo, nie dawał się wyprowadzić z równowagi. W tamtym czasie sam byłem jeszcze dzieciakiem. Nie wyobrażam sobie, żebym wtedy potrafił być tak ogarnięty. Teraz też bym chyba nie potrafił.
Ed popatrzył na mnie i powiedział: "Bierz mojego syna. Idź. Spotkamy się w Bibliotece". Ale wiedziałem, że kłamie. Nie było możliwości, żeby dostał się do swojej żony na czas. Ale cholera, musiał spróbować. Ludzie zamieszani w to fundacyjne gówno nigdy nie wracają tacy sami. Wymazane wspomnienia, ale też coś jeszcze, nie na miejscu. Jakby zabierali ci duszę. Wysysali z ciebie życie. Eda właśnie to… no, może lepiej to zostawię na później.
Ed rzucił się. Wiedział, że już za późno. Widziałem to w jego oczach. Ale, cholera, nie mógł nie spróbować. Popatrzyłem wtedy na ciebie — byłeś jeszcze mały. Z pięć lat chyba. Bałeś się. Kto by się nie bał, słysząc przeraźliwe krzyki mamusi, a potem swojego tatusia wybiegającego w ciemną noc. Żałuję, że nie miałem czasu nic powiedzieć — wiem, młody, wiem — ale nie było jak. W ziemi był wykopany tunel, przykryty kratą. Wrzuciłem cię tam i popchnąłem naprzód, i wskoczyłem za tobą. Tam było ledwo więcej niż dwie stopy wzwyż — miałeś szczęście, że byłem wtedy młodszy.
Jak się czołgaliśmy, ty już szlochałeś. Słyszałem nad nami wycie syren i przytłumione głosy. Rozdzielała nas tylko krata i trzymałem się nadziei, że żaden z agentów nie będzie musiał zawiązać buta albo spojrzeć w dół przy splunięciu, albo cokolwiek. Nazywają mnie Billem Szczęściarzem, ale nigdy nie miałem większego farta niż tamtej nocy.
Wyskoczyliśmy parę ulic dalej, a ja natychmiast cię złapałem i zacząłem biec. Teraz syreny dało się słyszeć, jak rozjeżdżają się w kilku kierunkach — wiedzieli, że uciekliśmy, ale nie wiedzieli, w którą stronę. Co? Nie, oni szukali ciebie, nie mnie. Człowiek jest w stanie zrobić wszystko dla swojego syna, a twój ojciec — on wiedział cholernie dużo. Dużo rzeczy, które chciała wiedzieć Fundacja.
Kiedy biegliśmy, ty wręcz ryczałeś. Krzyczałeś, że chcesz do rodziców. Nie winię cię, kurwa, kto by winił za coś takiego pięciolatka? Ale słyszałem, jak syreny ciągle się zbliżają. Zaciągnąłem cię do jakiegoś zaułka, przycisnąłem do ściany i spojrzałem ci w oczy. Powiedziałem: "stul pysk, bachorze". I inne rzeczy, z których nie jestem dumny. Powiedziałem ci, że idziemy w bezpieczne miejsce i że w końcu zobaczysz rodziców. Ale najpierw musieliśmy się dostać do tego miejsca.
Chciałbym móc powiedzieć, że wcześniej czegoś takiego nie robiłem, albo że już nigdy tego nie zrobię. Ale prawda jest, kurwa, taka, że Ręka ma do czynienia z mnóstwem sierot. To część roboty. Wiele z nas ma rodziny, a kiedy walczysz na wojnie, rodziny umierają. Nasza ucieczka była jedną z łatwiejszych, w jakich brałem udział. Najgorzej jest, jak musisz odciągać dzieciaka od martwej mamy czy taty. Prawda jest taka, że ty miałeś całkiem łatwo.
Tak to było, mniej więcej. Odprowadziłem cię pod Drzwi i udało mi się zapukać, zanim Gammel urwał mi głowę. Piekielnie chciałbym, żeby to nie był twój pierwszy raz w Bibliotece. Ona jest wspaniała i nikt nie powinien musieć tam wbiegać z ogarami piekielnymi skrobiącymi mu marchewki.
Czasem nadal odwiedzam twojego ojca, mimo że nie powinienem. Jest stałym bywalcem w jednym pubie — nie, nie powiem ci, gdzie, ty mały masochisto. Myśli, że jestem budowlańcem. Ma się lepiej i wyniósł się z tego zasranego Detroit, więc nie idź go szukać. Czasem myślę, że prawie mnie rozpoznaje, ale — cóż, ma trochę głowę w chmurach.
